Obudziłam się z okropnym bólem pleców, bo całą noc
przespałam z głową na kolanach chłopaka, którego nawet nie znam.
Spojrzałam na zegarek, wskazywał dopiero godzinę 5:45. Poszłam do
toalety i stamtąd wyobraziłam sobie, że jestem w domu i kiedy
otworzyłam oczy rzeczywiście stałam w przedsionku. Poszłam na
górę, by spakować rzeczy. Weszłam do pokoju najciszej jak
potrafiłam. Zobaczyłam śpiącego Michaela. Delikatnie uśmiechnęłam
się na jego widok, po czym odwróciłam wzrok i po cichu się
zapakowałam. Zeszłam do kuchni, przygotowałam sobie kanapki, które
włożyłam do torby, a kanapki dla chłopaka zostawiłam na blacie z
karteczką, na której napisałam ''miłego dnia'' i wyszłam z domu.
Ubrałam się odpowiednio ciepło w stosunku do panującej na
zewnątrz pogody. Nie bardzo wiem czemu tak wcześnie wyszłam, bo
lekcje zaczynają się dopiero o 8:00. Postanowiłam, że przejdę
się do lasu. Na żadnym drzewie nie znalazłam nowej karteczki, więc
spacerowałam dalej, aż pod samo wzgórze. Nagle usłyszałam jakiś
szelest w krzakach, odwróciłam się szybko, ale nic nie zobaczyłam,
więc szłam dalej i w tej chwili coś mnie uderzyło od prawej
strony z taką siłą, że poleciałam chyba na 3 metry obijając się
o drzewa, wylądowałam plecami na ziemi, a głową walnęłam o
jakiś konar.
‒ Eeergh... ‒ jęknęłam. ‒ Co jest kurwa...‒ mruknęłam
cicho do siebie.
Ociężale się podniosłam i otrzepałam, rozglądając się
dookoła. Tym razem dziwna siła uderzyła mnie w plecy i poleciałam
z powrotem na ziemię. Kiedy się podniosłam poczułam ból w łuku
brwiowym i coś mokrego na powiece. Czułam, że spływa coraz niżej.
Domyśliłam się, że to krew, więc przetarłam oko wierzchem dłoni
i ponownie wstałam. Gwałtownie rozłożyłam ręce na boki,
sprawiając, że jedna z moich dłoni zaczęła intensywnie świecić,
a druga zapłonęła. Rozejrzałam się i ujrzałam kątem oka czarną
smugę sunącą w moją stronę z niezwykłą prędkością. Nie
zdążyłam odskoczyć i znów z impetem znalazłam się na ziemi.
Teraz cała zapłonęłam prócz dłoni, która wciąż posyłała
intensywne światło. Wypełniała mnie furia, którą w całym życiu
poczułam tylko raz, kiedy dowiedziałam się o śmierci rodziców.
Ponownie ujrzałam czarny cień i szybko w tym kierunku posłałam
kulę ognia, ale zjawa ominęła ją z niezwykłą łatwością,
pędząc w moją stronę. Zanim zdążyła do mnie dotrzeć, zapadłam
się pod ziemię. Już chciałam krzyczeć, ale ujrzałam twarz
Isaaca, więc odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam na niego i ruchem
ust spytałam co to było. Nie odpowiedział na moje pytanie, szepnął
tylko, że muszę sobie z tym poradzić sama, a on może jedynie
przerwać, gdy będzie naprawdę źle i wyrzucił mnie na
powierzchnię. Waliłam dłońmi w miejsce, które wcześniej mnie
pochłonęło i krzyczałam, aż znowu usłyszałam szelest i coś
jakby świszczący śmiech. Podniosłam się, ponownie zapłonęłam
i wrzasnęłam ze wszystkich sił chcąc zwabić do siebie zjawę. O
dziwo udało mi się. Ujrzałam czarny cień zbliżający się do
mnie coraz szybciej. Kiedy smuga była może metr ode mnie
wystrzeliłam w jej kierunku kulę ognia, przez co wylądowała na
ziemi. Szybko wyczarowałam wokół nas bańkę, z której nie mogłam
się wydostać ani ja, ani to dziwne stworzenie. Podeszłam do
dyszącego, czarnego ciała i usłyszałam przeraźliwy pisk, który
powalił mnie na kolana, złapałam się za uszy, czując, że
dosłownie pęka mi głowa.
‒ Dość! ‒ krzyknęłam i pisk ucichł.
Podniosłam się. Byłam wściekła, w moich oczach płonęła
nienawiść. Nawet nie poczułam, kiedy pojawiły się moje skrzydła,
a ja unosiłam się w powietrzu, dzięki ich sile. Opadłam na
ziemię, tuż nad zjawą, przykucnęłam przy niej i delikatnie ją
odwróciłam, kiedy to zrobiłam skowyt bólu stworzenia rozdarł
moje serce. Ujrzałam jak bardzo poranione zostało przez mój ogień.
Przyłożyłam dłoń do nieuszkodzonego fragmentu ciała, zamknęłam
oczy i wyobraziłam sobie, jak się leczy. Kiedy otworzyłam oczy
stał przede mną ogromny, czarny koń, który niemal cały stanowił
gęsty dym, powoli zamieniający się w prawdziwe ciało. Wstając,
położyłam rękę na szyi rumaka i pogłaskałam go, zachwycając
się jego wyglądem i wielkością. Bańka wokół nas opadła i zza
drzew wyłonił się Isaac. Podszedł do mnie nie skrywając
zdumienia, które malowało się na jego twarzy.
‒ Jesteś naprawdę niezwykła ‒ szepnął i spojrzał na
zwierzę.
‒ Dzięki ‒ mruknęłam, czując jak moje policzki zapłonęły.
Co to ma znaczyć?
‒ Masz ogromną noc, a to, że pokonałaś tą zjawę z taką
łatwością tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że sam już nie
wystarczam, by cię uczyć ‒ oznajmił nie odrywając wzroku od
zwierzęcia.
‒ Isaac... ‒ powiedziałam ciszej niż chciałam, ale chłopak
to usłyszał i odwrócił się do mnie. ‒ Ja... Słuchaj,
przepraszam za wczoraj. W sensie za to, co powiedziałam w tamtej
komnacie.
‒ Nie szkodzi, rozumiem, że działałaś w afekcie. Nie martw
się. ‒ Posłał mi delikatny, pokrzepiający uśmiech.
‒ Czym właściwie wcześniej był ten koń? ‒ Ponownie
odwróciłam się do zwierzęcia.
‒ Dopóki go nie przemieniłaś był zjawą Ciemności ‒
odrzekł i również spojrzał na piekielnie czarnego rumaka. ‒ Co
z nim zrobisz?
‒ Nie mam pojęcia. Choć kocham konie, brakuje mi miejsca i
czasu na zajmowanie się nim. Może ty go przygarniesz? ‒ zwróciłam
się do chłopaka, który miał zdumioną, a zarazem szczęśliwą
minę.
‒ Naprawdę mogę? ‒ spytał z nadzieją w oczach.
‒ Jasne. ‒ Posłałam mu delikatny uśmiech i ruszyłam w
stronę szkoły.
‒ A ty dokąd? ‒ zadał mi pytanie, wskakując na grzbiet
zwierzęcia.
‒ Do szkoły ‒ mruknęłam od niechcenia i szłam dalej, ale
chłopak zastąpił mi drogę.
‒ Mogę zaprosić panią na przejażdżkę? ‒ Isaac szarmancko
się uśmiechnął i wyciągnął dłoń ku mnie.
‒ Bałam się, że o to spytasz ‒ odparłam i chwyciłam jego
dłoń, a po chwili sama znalazłam się na grzbiecie konia.
‒ Złap się mocno, bo coś czuję, że przy tak potężnych,
końskich nogach będzie ci trudno usiedzieć w miejscu ‒ oznajmił,
a ja zrobiłam głupią minę. ‒ No co?
‒ Czego niby mam się złapać? ‒ burknęłam.
‒ Hmm mnie na przykład. ‒ Uśmiechnął się, a jego oczy
błysnęły zadziornie.
Niepewnie oplotłam dłonie wokół jego klatki piersiowej.
Starałam się trzymać na dystans, ale w tym momencie nie było to
zbyt łatwe. Isaac wziął głęboki oddech, wydał polecenie i koń
ruszył. Z początku tylko stępem, po chwili jednak już kłusował.
Zwiększając prędkość kłus zamienił się w galop, a później
cwał. Z moich włosów zsunęła się gumka i wiatr rozwiał je na
wszystkie strony. Poczułam się dziwnie. W dobrym sensie dziwnie.
Wdychałam głęboko powietrze, napawając się jazdą na rumaku wraz
z Isaaciem. Chłopak pokierował konia na najwyższy punkt wzgórza.
Rozejrzałam się dookoła. Miasto otoczone było zaróżowionymi
chmurami, a między budynkami wyłaniały się pierwsze promienie
słońca. Ta chwila wprawiła mnie w stan tak błogi, że miałam
wrażenie, iż cały świat zniknął. Widziałam jedynie przepiękną
panoramę porannego miasta, czując jednocześnie bliskość Isaaca i
zwierzęcia. Mogłabym tak tkwić całą wieczność. Czułam jak
moje serce z wolna zaczynało przyspieszać. Moje oczy się
zaszkliły. Byłam wprost wzruszona tą chwilą. Jednak czar prysł,
kiedy ujrzałam dach szkoły i uświadomiłam sobie, że powinnam już
wracać. Poprosiłam chłopaka, aby odwiózł mnie pod dom. Kiedy koń
cwałował, czułam się niemal wolna. Wiatr przeczesywał moje
włosy, rozwiewając je na wszystkie strony. Długie czarne kosmyki
czasem łaskotały mnie po twarzy. Zaczęliśmy zwalniać i
zauważyłam, że zbliżamy się do mojego domu. Niespodziewanie
zwróciłam uwagę na bijące serce Isaaca. Zrobiło mi się cieplej
na myśl, że jego organ bił równie szybko co mój od przypływu
wrażeń. Puściłam chłopaka i zsunęłam się z konia. Schodząc
przez przypadek musnęłam dużą dłoń bruneta. Zerknęłam na
niego i moje policzki zapłonęły, kiedy spostrzegłam jak
intensywnie się we mnie wpatruje. Nie wiedziałam co mam zrobić.
Odwrócić wzrok? Zaczekać, aż on go odwróci? Może zaczekać, aż
coś nam przeszkodzi? Wcale nie chciałam, by coś nam przeszkadzało.
Podobało mi się wwiercające się w dusze spojrzenie oczu, o tak
głębokiej, czystej zieleni. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym
oderwać wzroku od tych hipnotyzujących szmaragdów ukrytych w
tęczówkach chłopaka. Co się dzieje? Co to za uczucie, które
rozpiera moje serce? Czy to miłość? Nie, miłość zapewne wygląda
inaczej. Poza tym niemożliwe, bym zakochała się po dwóch dniach.
To na pewno wina tych oczu. Ale dlaczego tak trudno było mi odwrócić
wzrok? Co takiego kryło się w umyśle chłopaka, że jego
spojrzenie mną zawładnęło? Miałam wrażenie, że wpatrywaliśmy
się w siebie przez całą wieczność. Po chwili zmusiłam się do
odwrócenia głowy. Jeszcze chwila, a mogłabym przysiąc, że to
rzeczywiście była miłość, co w głębi duszy mnie bawiło, bo
znałam prawdę. Ja przecież nie potrafię kochać, więc skąd w
ogóle nasunął mi się taki pomysł. Uśmiechnęłam się smutno.
‒ Muszę już iść ‒ mruknęłam od niechcenia, nie patrząc
na chłopaka.
‒ Wcale nie chcesz nigdzie iść ‒ odparł zupełnie jakby
czytał mi w myślach.
‒ Wiem, ale muszę. ‒ Spojrzałam na drogę za domem,
prowadzącą do szkoły.
‒ Spotkamy się dzisiaj? ‒ spytał wciąż intensywnie się we
mnie wpatrując.
‒ Chyba w snach. ‒ Mrugnęłam do niego, a chłopak się
zaśmiał.
‒ Trzymam za słowo, a teraz leć, bo nie zdążysz. ‒ Ujął
moją dłoń i pocałował jej wierzch.
Nic nie odpowiedziałam. Ruszyłam w stronę szkoły. Co to miało
znaczyć? Taki gest... Czy wobec każdej dziewczyny jest taki? A może
tylko wobec mnie? Być może mu się podobam? Nie, na pewno nie.
Jestem świadoma, że w wielu szkołach chłopcy zwracali na mnie
dużą uwagę w porównaniu do innych dziewczyn, ale Isaac? Na pewno
ma taki stosunek wobec każdej dziewczyny. Pogrążona w myślach nie
zauważyłam nawet, kiedy minęła mi droga. Słońce wzeszło już
na tyle, by jego promienie wpadały w wysokie okiennice. Gmach szkoły
był na swój sposób piękny. Weszłam do środka i czar prysł.
Wnętrze było nowoczesne, ale zwyczajne. Podeszłam do szafki, by
wyciągnąć książki z torby. Na mojej twarzy pojawił się grymas,
kiedy zobaczyłam jak brudna i poszarpana jest. Spojrzałam na swoje
ciuchy i grymas się powiększył. Rozejrzałam się dookoła, nikogo
nie było, więc wyobraziłam sobie, że torba wraz z moim ubraniem
się oczyszczają i znikają z nich wszystkie dziury. Spojrzałam na
telefon. Zostało jeszcze 15 minut do rozpoczęcia lekcji. Udałam
się do klasy, w której ponownie zajęłam miejsce rzekomo
brązowookiej blondynki. Jak ona miała na imię?
‒ Felicia zaczekaj! ‒ krzyknął jakiś damski głos, a potem
dziewczyna wparowała do klasy.
O wilku mowa.
‒ Na co mam czekać? ‒ burknęła blondynka i spojrzała na
mnie, a jej oczy zapłonęły wściekłością. ‒ Ty... ‒
Zmrużyła oczy i podeszła do mojej ławki.
‒ Hm? ‒ Leniwie podniosłam wzrok na jej twarz.
‒ Już ci mówiłam. To moje miejsce ‒ warknęła.
‒ Mhm. ‒ Odwróciłam wzrok i zignorowałam ją.
‒ Spójrz na mnie jak do ciebie mówię mała zdziro ‒
powiedziała wściekle, a ja dalej nie zwracałam na nią uwagi. ‒
Doigrałaś się...
Spojrzałam na nią i zauważyłam tylko sunącą w moim kierunku
zaciśniętą dłoń. Zablokowałam ją dłonią tuż przy twarzy.
Moja obojętna mina tylko wprawiała ją w większą złość.
Próbowała okładać mnie pięściami, ale każdy jej cios
blokowałam. Po chwili blondynka już dyszała. Myślałam, że dała
sobie spokój, ale kątem oka ujrzałam, że ponownie unosi rękę.
Zanim trafiła w moją twarz, wykręciłam ją nienaturalnie, a
dziewczyna syknęła z bólu. W moich oczach kryła się obojętność
i ostrzeżenie, by ze mną więcej nie zadzierała. Felicia uniosła
brwi jakby w strachu. Puściłam ją, potarła bolącą rękę.
Rzuciła coś w stylu, że to jeszcze nie koniec i usiadła gdzie
indziej. Oparłam głowę o ścianę i przymknęłam oczy. Kiedy
tylko moje powieki upadły, ponownie ukazał mi się intensywny wzrok
Isaaca. Czy on coś konkretnego znaczył? Otworzyłam leniwie oczy,
kiedy coś przysłoniło mi światło lamp. Michael. Jego spojrzenie
było równie intensywne co Isaaca. O co tu chodzi? Jego wzrok jednak
trochę się różnił. Był... zły? Usiadł na krzesło obok mnie,
wciąż patrząc mi w oczy. Nachylił się, a ja się poczułam
trochę dziwnie.
‒ Gdzieś ty wczoraj do cholery była? ‒ syknął.
‒ W szpitalu ‒ odparłam jak gdyby nigdy nic.
‒ Jak to w szpitalu? ‒ Zdziwił się.
‒ No wczoraj jak uratowałam tamtego chłopaka, kazali mi wejść
do karetki, bym opowiedziała co zaszło. Potem czekałam, aż będę
mogła wejść do jego sali i siedziałam tam do późna i jakoś tak
zasnęłam ‒ odparłam cicho.
‒ Mówisz, jakby to nie było nic wielkiego ‒ burknął.
‒ Bo przecież nie było ‒ odpowiedziałam nieco zdumiona.
‒ Nie było? Nathalie martwiłem się o ciebie. Nie dawałaś
znaku życia. Nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem, kiedy zobaczyłem
te kanapki i kartkę od ciebie. Bałem się, że coś ci się stało.
‒ Jego oczy złagodniały.
Nie miałam najmniejszej ochoty tu siedzieć. Czas niemiłosiernie
mi się dłużył. Cicho bębniłam palcami o blat. Spojrzałam na
zegar na ścianie. Najdłuższa minuta w moim życiu. Nagle poczułam
niepokój. Rozejrzałam się po klasie, ale nie było w niej nic
nadzwyczajnego. Uczucie zaczęło się nasilać. O co chodzi?
Spojrzałam przez okno i od razu wiedziałam, co było przyczyną
moich niespokojnych myśli. Przy szkolnym ogrodzeniu stała czarna
postać, w kapturze spod którego widać było tylko czerwone oczy.
Rubinowe spojrzenie było skierowane wprost na mnie. Poruszyłam się.
Czułam się dziwnie, ale nie odwracałam spojrzenia od dziwnej
postaci, która nagle zrzuciła kaptur. Niemal spadłam z krzesła,
kiedy ujrzałam Shaitana, którego nie widziałam odkąd uciekł mój
brat. Był przyjacielem Nicholasa. Ale co tutaj robił? Dlaczego jego
oczy były czerwone, a kiedy zrzucił kaptur na powrót stały się
szafirowe? Coś było nie tak. Mój niepokój wzrastał z każdą
chwilą i wtem zadzwonił dzwonek. Ledwo mrugnęłam, a chłopaka już
nie było.
* * *
Kiedy usłyszałem dzwonek natychmiast czmychnąłem w krzaki.
Wciąż miałem dobry widok na to co robiła. Czy to na pewno ona?
Nie, to niemożliwe. Siedziała obok tego całego Michaela. On na
pewno dobrze maskuje swoje promieniowanie, ale ona? Nie powinna tego
umieć, chyba że... Isaac. Na pewno już ją odnalazł. Jeśli
emanowała tak, jak Nick, to nie był to duży wyczyn, by ją
znaleźć. Czyli wyruszyłem za późno. W takim razie będę musiał
uciec się do podstępu. Machnąłem swoją peleryną i znalazłem
się w królestwie. Przechodząc przez ogromne, puste korytarze,
natknąłem się na Lilith.
‒ Chyba ją znalazłem ‒ rzuciłem do siostry.
‒ Jak to chyba? ‒ spytała, zakładając ręce na wysokości
klatki piersiowej.
‒ Trochę się zmieniła odkąd widziałem ją ostatnim razem.
Nie czułem promieniowania, więc pewnie Isaac ją odnalazł. W
szkole siedziała z Michaelem. ‒ Wyczułem w swoim głosie trochę
pogardy, kiedy wymawiałem jego imię.
‒ Przykro mi ‒ powiedziała z nutą współczucia i położyła
mi dłoń na ramieniu.
Spojrzałem na nią. Zawsze zastanawiałem się czemu jej oczy
mają taki dziwny kolor. Niby błękitne, ale wpadały w ametystowy
kolor. Odszedłem od niej. Udałem się do największej komnaty w
pałacu. Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się na środku sali.
Uklęknąłem na jedno kolano. Abaddon Cavendish siedział na
obsydianowym tronie i zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem oczu
czarnych niczym węgiel, w których krył się ogień nienawiści.
‒ Znalazłem Nathalie Greenwood ojcze ‒ powiedziałem do
mężczyzny.
‒ Spisałeś się synu. Udało ci się ją uprowadzić? ‒
spytał.
‒ Nie, ponieważ jej promieniowanie nie było wyczuwalne, ale
jestem pewien, że to ona. ‒ Jak mógłbym nie poznać dziewczyny,
którą kocham od lat.
‒ Liczę, że wywiążesz się z zadania i wkrótce ją do mnie
przyprowadzisz. Rozkaż Ciemności, aby do tego czasu próbowała
utrzymać ją jak najdłużej w niewiedzy o przepowiedni ‒ wydał
polecenie i machnął ręką, na której błysnął obsydianowy
sygnet.
Posłusznie wyszedłem z sali i udałem się do swojej komnaty.
Wchodząc, zdjąłem czarny płaszcz i rzuciłem go na oparcie
fotela. Rzuciłem się bezceremonialnie na łóżku. W końcu sam.
Spojrzałem na baldachim i mimowolnie pomyślałem o Nathalie.
Zmieniła się bardzo przez te dwa lata, ale poznałbym ją wszędzie.
Zamknąłem oczy, a wszystkie wspomnienia powróciły. Zanim Nick
uciekł, wszystko było takie… Idealne. Z wyjątkiem jednej rzeczy.
Dziewczyna, którą kochałem i wciąż kocham, nie mogła
odwzajemniać moich uczuć. Teraz jest już za późno, by próbować
cokolwiek zmienić. Nie dam rady jej porwać. Będę musiał poprosić
Lilith o pomoc. Mam tylko nadzieję, że ojciec nie zrobi jej
krzywdy. Nie chce patrzeć jak cierpi. Oczami wyobraźni
przypomniałem sobie dziewczynę, spoglądającą na mnie z okna.
Smukła, pociągła twarz, pełne lekko zaróżowione usta, wąski
prosty nos oprószony delikatnymi piegami. Ciemna oprawa oczu których
spojrzenie było inteligentne i przenikliwe... Szafirowe, choć w
rzeczywistości jedno było szmaragdowe. Czemu ukrywała swoją
wyjątkowość?
* * *
Idąc do szpitala wciąż myślałam o Shaitanie. Co on tu robił?
Czemu nie zaczekał? Tak dawno się przecież nie widzieliśmy. Może
wiedział co się działo z Nickiem. Cała wiedza, jaką mógł mi
przekazać przepadła. Weszłam do kwiaciarni i kupiłam skromny
bukiecik, obwiązany białą wstążką. W zamyśleniu przemierzałam
drogę w kierunku szpitala. Dotarłam na miejsce. Weszłam do sali.
Na łóżku była przyczepiona kartka z napisem "Peter Jackson".
Więc tak ma na imię... Włożyłam kwiaty do wazonika, stojącego
na stoliku nocnym. Opadłam delikatnie na krzesło obok posłania.
Było w tym chłopaku coś, co sprawiało, że poczułam ochotę
codziennego przychodzenia do niego. Nie mogąc oprzeć się pokusie,
odgarnęłam kosmyki włosów z jego twarzy, by móc spojrzeć na
jego pogrążone we śnie oblicze. Wydawał się taki niewinny.
Położyłam dłoń na jego chłodnym policzku. Zastanawiałam czy
się odpowiednio zachowuję. Szczerze nie wiem, jak obchodzić się z
ludźmi. To jeden z powodów, przez które jestem oziębła wobec
innych. Nie chcę się zbyt spoufalać. Skoro nie umiem odwzajemniać
uczuć, którymi chcą mnie obdarzyć, to nie zasługuję na ich
otrzymanie. Spojrzałam na chłopaka. Ciekawe co mu się śni.
Ciekawe, czy w ogóle ma jakieś sny. Mimowolnie zaczęłam po cichu
opowiadać nieprzytomnemu swój dzień. Pominęłam pewne szczegóły
takie, jak poranna jazda konno z Isaaciem czy wpatrywanie się w
Shaitana za oknem. Po niecałych trzech godzinach wróciłam do domu.
Michaela jeszcze nie było. Pewnie spotkał się z innymi.
Uśmiechnęłam się na myśl, że chłopak się dobrze bawi.
Usiadłam na kanapie w salonie. Nic dziś nie jadłam, ale nie czułam
głodu. Udałam się do kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę
profilaktycznie i zaparzyłam herbatę. Po domu rozprzestrzenił się
truskawkowy aromat pomieszany z lukrecją. Uwielbiam ten zapach i
smak. Po zjedzeniu wróciłam do salonu. Ułożyłam się w pozycji
półleżącej i ujęłam kubek w dłonie. Upiłam łyk, rozkoszując
się smakiem i ciepłem, które wraz z napojem rozlewało się po
moim ciele. Kiedy wypiłam i zaczęło się ściemniać, zapaliłam
świeczkę i położyłam się na boku, wpatrując się w płomień.
Powieki powoli zaczynały mi ciążyć, więc nie walczyłam ze
zmęczeniem, tylko poddałam się objęciom Morfeusza. Zasnęłam,
mając przed oczami widok roztańczonego płomyka.