Obudziłam się z okropnym bólem pleców, bo całą noc
przespałam z głową na kolanach chłopaka, którego nawet nie znam.
Spojrzałam na zegarek, wskazywał dopiero godzinę 5:45. Poszłam do
toalety i stamtąd wyobraziłam sobie, że jestem w domu i kiedy
otworzyłam oczy rzeczywiście stałam w przedsionku. Poszłam na
górę, by spakować rzeczy. Weszłam do pokoju najciszej jak
potrafiłam. Zobaczyłam śpiącego Michaela. Delikatnie uśmiechnęłam
się na jego widok, po czym odwróciłam wzrok i po cichu się
zapakowałam. Zeszłam do kuchni, przygotowałam sobie kanapki, które
włożyłam do torby, a kanapki dla chłopaka zostawiłam na blacie z
karteczką, na której napisałam ''miłego dnia'' i wyszłam z domu.
Ubrałam się odpowiednio ciepło w stosunku do panującej na
zewnątrz pogody. Nie bardzo wiem czemu tak wcześnie wyszłam, bo
lekcje zaczynają się dopiero o 8:00. Postanowiłam, że przejdę
się do lasu. Na żadnym drzewie nie znalazłam nowej karteczki, więc
spacerowałam dalej, aż pod samo wzgórze. Nagle usłyszałam jakiś
szelest w krzakach, odwróciłam się szybko, ale nic nie zobaczyłam,
więc szłam dalej i w tej chwili coś mnie uderzyło od prawej
strony z taką siłą, że poleciałam chyba na 3 metry obijając się
o drzewa, wylądowałam plecami na ziemi, a głową walnęłam o
jakiś konar.
‒ Eeergh... ‒ jęknęłam. ‒ Co jest kurwa...‒ mruknęłam
cicho do siebie.
Ociężale się podniosłam i otrzepałam, rozglądając się
dookoła. Tym razem dziwna siła uderzyła mnie w plecy i poleciałam
z powrotem na ziemię. Kiedy się podniosłam poczułam ból w łuku
brwiowym i coś mokrego na powiece. Czułam, że spływa coraz niżej.
Domyśliłam się, że to krew, więc przetarłam oko wierzchem dłoni
i ponownie wstałam. Gwałtownie rozłożyłam ręce na boki,
sprawiając, że jedna z moich dłoni zaczęła intensywnie świecić,
a druga zapłonęła. Rozejrzałam się i ujrzałam kątem oka czarną
smugę sunącą w moją stronę z niezwykłą prędkością. Nie
zdążyłam odskoczyć i znów z impetem znalazłam się na ziemi.
Teraz cała zapłonęłam prócz dłoni, która wciąż posyłała
intensywne światło. Wypełniała mnie furia, którą w całym życiu
poczułam tylko raz, kiedy dowiedziałam się o śmierci rodziców.
Ponownie ujrzałam czarny cień i szybko w tym kierunku posłałam
kulę ognia, ale zjawa ominęła ją z niezwykłą łatwością,
pędząc w moją stronę. Zanim zdążyła do mnie dotrzeć, zapadłam
się pod ziemię. Już chciałam krzyczeć, ale ujrzałam twarz
Isaaca, więc odetchnęłam z ulgą. Spojrzałam na niego i ruchem
ust spytałam co to było. Nie odpowiedział na moje pytanie, szepnął
tylko, że muszę sobie z tym poradzić sama, a on może jedynie
przerwać, gdy będzie naprawdę źle i wyrzucił mnie na
powierzchnię. Waliłam dłońmi w miejsce, które wcześniej mnie
pochłonęło i krzyczałam, aż znowu usłyszałam szelest i coś
jakby świszczący śmiech. Podniosłam się, ponownie zapłonęłam
i wrzasnęłam ze wszystkich sił chcąc zwabić do siebie zjawę. O
dziwo udało mi się. Ujrzałam czarny cień zbliżający się do
mnie coraz szybciej. Kiedy smuga była może metr ode mnie
wystrzeliłam w jej kierunku kulę ognia, przez co wylądowała na
ziemi. Szybko wyczarowałam wokół nas bańkę, z której nie mogłam
się wydostać ani ja, ani to dziwne stworzenie. Podeszłam do
dyszącego, czarnego ciała i usłyszałam przeraźliwy pisk, który
powalił mnie na kolana, złapałam się za uszy, czując, że
dosłownie pęka mi głowa.
‒ Dość! ‒ krzyknęłam i pisk ucichł.
Podniosłam się. Byłam wściekła, w moich oczach płonęła
nienawiść. Nawet nie poczułam, kiedy pojawiły się moje skrzydła,
a ja unosiłam się w powietrzu, dzięki ich sile. Opadłam na
ziemię, tuż nad zjawą, przykucnęłam przy niej i delikatnie ją
odwróciłam, kiedy to zrobiłam skowyt bólu stworzenia rozdarł
moje serce. Ujrzałam jak bardzo poranione zostało przez mój ogień.
Przyłożyłam dłoń do nieuszkodzonego fragmentu ciała, zamknęłam
oczy i wyobraziłam sobie, jak się leczy. Kiedy otworzyłam oczy
stał przede mną ogromny, czarny koń, który niemal cały stanowił
gęsty dym, powoli zamieniający się w prawdziwe ciało. Wstając,
położyłam rękę na szyi rumaka i pogłaskałam go, zachwycając
się jego wyglądem i wielkością. Bańka wokół nas opadła i zza
drzew wyłonił się Isaac. Podszedł do mnie nie skrywając
zdumienia, które malowało się na jego twarzy.
‒ Jesteś naprawdę niezwykła ‒ szepnął i spojrzał na
zwierzę.
‒ Dzięki ‒ mruknęłam, czując jak moje policzki zapłonęły.
Co to ma znaczyć?
‒ Masz ogromną noc, a to, że pokonałaś tą zjawę z taką
łatwością tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że sam już nie
wystarczam, by cię uczyć ‒ oznajmił nie odrywając wzroku od
zwierzęcia.
‒ Isaac... ‒ powiedziałam ciszej niż chciałam, ale chłopak
to usłyszał i odwrócił się do mnie. ‒ Ja... Słuchaj,
przepraszam za wczoraj. W sensie za to, co powiedziałam w tamtej
komnacie.
‒ Nie szkodzi, rozumiem, że działałaś w afekcie. Nie martw
się. ‒ Posłał mi delikatny, pokrzepiający uśmiech.
‒ Czym właściwie wcześniej był ten koń? ‒ Ponownie
odwróciłam się do zwierzęcia.
‒ Dopóki go nie przemieniłaś był zjawą Ciemności ‒
odrzekł i również spojrzał na piekielnie czarnego rumaka. ‒ Co
z nim zrobisz?
‒ Nie mam pojęcia. Choć kocham konie, brakuje mi miejsca i
czasu na zajmowanie się nim. Może ty go przygarniesz? ‒ zwróciłam
się do chłopaka, który miał zdumioną, a zarazem szczęśliwą
minę.
‒ Naprawdę mogę? ‒ spytał z nadzieją w oczach.
‒ Jasne. ‒ Posłałam mu delikatny uśmiech i ruszyłam w
stronę szkoły.
‒ A ty dokąd? ‒ zadał mi pytanie, wskakując na grzbiet
zwierzęcia.
‒ Do szkoły ‒ mruknęłam od niechcenia i szłam dalej, ale
chłopak zastąpił mi drogę.
‒ Mogę zaprosić panią na przejażdżkę? ‒ Isaac szarmancko
się uśmiechnął i wyciągnął dłoń ku mnie.
‒ Bałam się, że o to spytasz ‒ odparłam i chwyciłam jego
dłoń, a po chwili sama znalazłam się na grzbiecie konia.
‒ Złap się mocno, bo coś czuję, że przy tak potężnych,
końskich nogach będzie ci trudno usiedzieć w miejscu ‒ oznajmił,
a ja zrobiłam głupią minę. ‒ No co?
‒ Czego niby mam się złapać? ‒ burknęłam.
‒ Hmm mnie na przykład. ‒ Uśmiechnął się, a jego oczy
błysnęły zadziornie.
Niepewnie oplotłam dłonie wokół jego klatki piersiowej.
Starałam się trzymać na dystans, ale w tym momencie nie było to
zbyt łatwe. Isaac wziął głęboki oddech, wydał polecenie i koń
ruszył. Z początku tylko stępem, po chwili jednak już kłusował.
Zwiększając prędkość kłus zamienił się w galop, a później
cwał. Z moich włosów zsunęła się gumka i wiatr rozwiał je na
wszystkie strony. Poczułam się dziwnie. W dobrym sensie dziwnie.
Wdychałam głęboko powietrze, napawając się jazdą na rumaku wraz
z Isaaciem. Chłopak pokierował konia na najwyższy punkt wzgórza.
Rozejrzałam się dookoła. Miasto otoczone było zaróżowionymi
chmurami, a między budynkami wyłaniały się pierwsze promienie
słońca. Ta chwila wprawiła mnie w stan tak błogi, że miałam
wrażenie, iż cały świat zniknął. Widziałam jedynie przepiękną
panoramę porannego miasta, czując jednocześnie bliskość Isaaca i
zwierzęcia. Mogłabym tak tkwić całą wieczność. Czułam jak
moje serce z wolna zaczynało przyspieszać. Moje oczy się
zaszkliły. Byłam wprost wzruszona tą chwilą. Jednak czar prysł,
kiedy ujrzałam dach szkoły i uświadomiłam sobie, że powinnam już
wracać. Poprosiłam chłopaka, aby odwiózł mnie pod dom. Kiedy koń
cwałował, czułam się niemal wolna. Wiatr przeczesywał moje
włosy, rozwiewając je na wszystkie strony. Długie czarne kosmyki
czasem łaskotały mnie po twarzy. Zaczęliśmy zwalniać i
zauważyłam, że zbliżamy się do mojego domu. Niespodziewanie
zwróciłam uwagę na bijące serce Isaaca. Zrobiło mi się cieplej
na myśl, że jego organ bił równie szybko co mój od przypływu
wrażeń. Puściłam chłopaka i zsunęłam się z konia. Schodząc
przez przypadek musnęłam dużą dłoń bruneta. Zerknęłam na
niego i moje policzki zapłonęły, kiedy spostrzegłam jak
intensywnie się we mnie wpatruje. Nie wiedziałam co mam zrobić.
Odwrócić wzrok? Zaczekać, aż on go odwróci? Może zaczekać, aż
coś nam przeszkodzi? Wcale nie chciałam, by coś nam przeszkadzało.
Podobało mi się wwiercające się w dusze spojrzenie oczu, o tak
głębokiej, czystej zieleni. Nawet gdybym chciała, nie potrafiłabym
oderwać wzroku od tych hipnotyzujących szmaragdów ukrytych w
tęczówkach chłopaka. Co się dzieje? Co to za uczucie, które
rozpiera moje serce? Czy to miłość? Nie, miłość zapewne wygląda
inaczej. Poza tym niemożliwe, bym zakochała się po dwóch dniach.
To na pewno wina tych oczu. Ale dlaczego tak trudno było mi odwrócić
wzrok? Co takiego kryło się w umyśle chłopaka, że jego
spojrzenie mną zawładnęło? Miałam wrażenie, że wpatrywaliśmy
się w siebie przez całą wieczność. Po chwili zmusiłam się do
odwrócenia głowy. Jeszcze chwila, a mogłabym przysiąc, że to
rzeczywiście była miłość, co w głębi duszy mnie bawiło, bo
znałam prawdę. Ja przecież nie potrafię kochać, więc skąd w
ogóle nasunął mi się taki pomysł. Uśmiechnęłam się smutno.
‒ Muszę już iść ‒ mruknęłam od niechcenia, nie patrząc
na chłopaka.
‒ Wcale nie chcesz nigdzie iść ‒ odparł zupełnie jakby
czytał mi w myślach.
‒ Wiem, ale muszę. ‒ Spojrzałam na drogę za domem,
prowadzącą do szkoły.
‒ Spotkamy się dzisiaj? ‒ spytał wciąż intensywnie się we
mnie wpatrując.
‒ Chyba w snach. ‒ Mrugnęłam do niego, a chłopak się
zaśmiał.
‒ Trzymam za słowo, a teraz leć, bo nie zdążysz. ‒ Ujął
moją dłoń i pocałował jej wierzch.
Nic nie odpowiedziałam. Ruszyłam w stronę szkoły. Co to miało
znaczyć? Taki gest... Czy wobec każdej dziewczyny jest taki? A może
tylko wobec mnie? Być może mu się podobam? Nie, na pewno nie.
Jestem świadoma, że w wielu szkołach chłopcy zwracali na mnie
dużą uwagę w porównaniu do innych dziewczyn, ale Isaac? Na pewno
ma taki stosunek wobec każdej dziewczyny. Pogrążona w myślach nie
zauważyłam nawet, kiedy minęła mi droga. Słońce wzeszło już
na tyle, by jego promienie wpadały w wysokie okiennice. Gmach szkoły
był na swój sposób piękny. Weszłam do środka i czar prysł.
Wnętrze było nowoczesne, ale zwyczajne. Podeszłam do szafki, by
wyciągnąć książki z torby. Na mojej twarzy pojawił się grymas,
kiedy zobaczyłam jak brudna i poszarpana jest. Spojrzałam na swoje
ciuchy i grymas się powiększył. Rozejrzałam się dookoła, nikogo
nie było, więc wyobraziłam sobie, że torba wraz z moim ubraniem
się oczyszczają i znikają z nich wszystkie dziury. Spojrzałam na
telefon. Zostało jeszcze 15 minut do rozpoczęcia lekcji. Udałam
się do klasy, w której ponownie zajęłam miejsce rzekomo
brązowookiej blondynki. Jak ona miała na imię?
‒ Felicia zaczekaj! ‒ krzyknął jakiś damski głos, a potem
dziewczyna wparowała do klasy.
O wilku mowa.
‒ Na co mam czekać? ‒ burknęła blondynka i spojrzała na
mnie, a jej oczy zapłonęły wściekłością. ‒ Ty... ‒
Zmrużyła oczy i podeszła do mojej ławki.
‒ Hm? ‒ Leniwie podniosłam wzrok na jej twarz.
‒ Już ci mówiłam. To moje miejsce ‒ warknęła.
‒ Mhm. ‒ Odwróciłam wzrok i zignorowałam ją.
‒ Spójrz na mnie jak do ciebie mówię mała zdziro ‒
powiedziała wściekle, a ja dalej nie zwracałam na nią uwagi. ‒
Doigrałaś się...
Spojrzałam na nią i zauważyłam tylko sunącą w moim kierunku
zaciśniętą dłoń. Zablokowałam ją dłonią tuż przy twarzy.
Moja obojętna mina tylko wprawiała ją w większą złość.
Próbowała okładać mnie pięściami, ale każdy jej cios
blokowałam. Po chwili blondynka już dyszała. Myślałam, że dała
sobie spokój, ale kątem oka ujrzałam, że ponownie unosi rękę.
Zanim trafiła w moją twarz, wykręciłam ją nienaturalnie, a
dziewczyna syknęła z bólu. W moich oczach kryła się obojętność
i ostrzeżenie, by ze mną więcej nie zadzierała. Felicia uniosła
brwi jakby w strachu. Puściłam ją, potarła bolącą rękę.
Rzuciła coś w stylu, że to jeszcze nie koniec i usiadła gdzie
indziej. Oparłam głowę o ścianę i przymknęłam oczy. Kiedy
tylko moje powieki upadły, ponownie ukazał mi się intensywny wzrok
Isaaca. Czy on coś konkretnego znaczył? Otworzyłam leniwie oczy,
kiedy coś przysłoniło mi światło lamp. Michael. Jego spojrzenie
było równie intensywne co Isaaca. O co tu chodzi? Jego wzrok jednak
trochę się różnił. Był... zły? Usiadł na krzesło obok mnie,
wciąż patrząc mi w oczy. Nachylił się, a ja się poczułam
trochę dziwnie.
‒ Gdzieś ty wczoraj do cholery była? ‒ syknął.
‒ W szpitalu ‒ odparłam jak gdyby nigdy nic.
‒ Jak to w szpitalu? ‒ Zdziwił się.
‒ No wczoraj jak uratowałam tamtego chłopaka, kazali mi wejść
do karetki, bym opowiedziała co zaszło. Potem czekałam, aż będę
mogła wejść do jego sali i siedziałam tam do późna i jakoś tak
zasnęłam ‒ odparłam cicho.
‒ Mówisz, jakby to nie było nic wielkiego ‒ burknął.
‒ Bo przecież nie było ‒ odpowiedziałam nieco zdumiona.
‒ Nie było? Nathalie martwiłem się o ciebie. Nie dawałaś
znaku życia. Nawet nie wiesz jaką ulgę poczułem, kiedy zobaczyłem
te kanapki i kartkę od ciebie. Bałem się, że coś ci się stało.
‒ Jego oczy złagodniały.
Nie miałam najmniejszej ochoty tu siedzieć. Czas niemiłosiernie
mi się dłużył. Cicho bębniłam palcami o blat. Spojrzałam na
zegar na ścianie. Najdłuższa minuta w moim życiu. Nagle poczułam
niepokój. Rozejrzałam się po klasie, ale nie było w niej nic
nadzwyczajnego. Uczucie zaczęło się nasilać. O co chodzi?
Spojrzałam przez okno i od razu wiedziałam, co było przyczyną
moich niespokojnych myśli. Przy szkolnym ogrodzeniu stała czarna
postać, w kapturze spod którego widać było tylko czerwone oczy.
Rubinowe spojrzenie było skierowane wprost na mnie. Poruszyłam się.
Czułam się dziwnie, ale nie odwracałam spojrzenia od dziwnej
postaci, która nagle zrzuciła kaptur. Niemal spadłam z krzesła,
kiedy ujrzałam Shaitana, którego nie widziałam odkąd uciekł mój
brat. Był przyjacielem Nicholasa. Ale co tutaj robił? Dlaczego jego
oczy były czerwone, a kiedy zrzucił kaptur na powrót stały się
szafirowe? Coś było nie tak. Mój niepokój wzrastał z każdą
chwilą i wtem zadzwonił dzwonek. Ledwo mrugnęłam, a chłopaka już
nie było.
* * *
Kiedy usłyszałem dzwonek natychmiast czmychnąłem w krzaki.
Wciąż miałem dobry widok na to co robiła. Czy to na pewno ona?
Nie, to niemożliwe. Siedziała obok tego całego Michaela. On na
pewno dobrze maskuje swoje promieniowanie, ale ona? Nie powinna tego
umieć, chyba że... Isaac. Na pewno już ją odnalazł. Jeśli
emanowała tak, jak Nick, to nie był to duży wyczyn, by ją
znaleźć. Czyli wyruszyłem za późno. W takim razie będę musiał
uciec się do podstępu. Machnąłem swoją peleryną i znalazłem
się w królestwie. Przechodząc przez ogromne, puste korytarze,
natknąłem się na Lilith.
‒ Chyba ją znalazłem ‒ rzuciłem do siostry.
‒ Jak to chyba? ‒ spytała, zakładając ręce na wysokości
klatki piersiowej.
‒ Trochę się zmieniła odkąd widziałem ją ostatnim razem.
Nie czułem promieniowania, więc pewnie Isaac ją odnalazł. W
szkole siedziała z Michaelem. ‒ Wyczułem w swoim głosie trochę
pogardy, kiedy wymawiałem jego imię.
‒ Przykro mi ‒ powiedziała z nutą współczucia i położyła
mi dłoń na ramieniu.
Spojrzałem na nią. Zawsze zastanawiałem się czemu jej oczy
mają taki dziwny kolor. Niby błękitne, ale wpadały w ametystowy
kolor. Odszedłem od niej. Udałem się do największej komnaty w
pałacu. Otworzyłem drzwi i zatrzymałem się na środku sali.
Uklęknąłem na jedno kolano. Abaddon Cavendish siedział na
obsydianowym tronie i zmierzył mnie lodowatym spojrzeniem oczu
czarnych niczym węgiel, w których krył się ogień nienawiści.
‒ Znalazłem Nathalie Greenwood ojcze ‒ powiedziałem do
mężczyzny.
‒ Spisałeś się synu. Udało ci się ją uprowadzić? ‒
spytał.
‒ Nie, ponieważ jej promieniowanie nie było wyczuwalne, ale
jestem pewien, że to ona. ‒ Jak mógłbym nie poznać dziewczyny,
którą kocham od lat.
‒ Liczę, że wywiążesz się z zadania i wkrótce ją do mnie
przyprowadzisz. Rozkaż Ciemności, aby do tego czasu próbowała
utrzymać ją jak najdłużej w niewiedzy o przepowiedni ‒ wydał
polecenie i machnął ręką, na której błysnął obsydianowy
sygnet.
Posłusznie wyszedłem z sali i udałem się do swojej komnaty.
Wchodząc, zdjąłem czarny płaszcz i rzuciłem go na oparcie
fotela. Rzuciłem się bezceremonialnie na łóżku. W końcu sam.
Spojrzałem na baldachim i mimowolnie pomyślałem o Nathalie.
Zmieniła się bardzo przez te dwa lata, ale poznałbym ją wszędzie.
Zamknąłem oczy, a wszystkie wspomnienia powróciły. Zanim Nick
uciekł, wszystko było takie… Idealne. Z wyjątkiem jednej rzeczy.
Dziewczyna, którą kochałem i wciąż kocham, nie mogła
odwzajemniać moich uczuć. Teraz jest już za późno, by próbować
cokolwiek zmienić. Nie dam rady jej porwać. Będę musiał poprosić
Lilith o pomoc. Mam tylko nadzieję, że ojciec nie zrobi jej
krzywdy. Nie chce patrzeć jak cierpi. Oczami wyobraźni
przypomniałem sobie dziewczynę, spoglądającą na mnie z okna.
Smukła, pociągła twarz, pełne lekko zaróżowione usta, wąski
prosty nos oprószony delikatnymi piegami. Ciemna oprawa oczu których
spojrzenie było inteligentne i przenikliwe... Szafirowe, choć w
rzeczywistości jedno było szmaragdowe. Czemu ukrywała swoją
wyjątkowość?
* * *
Idąc do szpitala wciąż myślałam o Shaitanie. Co on tu robił?
Czemu nie zaczekał? Tak dawno się przecież nie widzieliśmy. Może
wiedział co się działo z Nickiem. Cała wiedza, jaką mógł mi
przekazać przepadła. Weszłam do kwiaciarni i kupiłam skromny
bukiecik, obwiązany białą wstążką. W zamyśleniu przemierzałam
drogę w kierunku szpitala. Dotarłam na miejsce. Weszłam do sali.
Na łóżku była przyczepiona kartka z napisem "Peter Jackson".
Więc tak ma na imię... Włożyłam kwiaty do wazonika, stojącego
na stoliku nocnym. Opadłam delikatnie na krzesło obok posłania.
Było w tym chłopaku coś, co sprawiało, że poczułam ochotę
codziennego przychodzenia do niego. Nie mogąc oprzeć się pokusie,
odgarnęłam kosmyki włosów z jego twarzy, by móc spojrzeć na
jego pogrążone we śnie oblicze. Wydawał się taki niewinny.
Położyłam dłoń na jego chłodnym policzku. Zastanawiałam czy
się odpowiednio zachowuję. Szczerze nie wiem, jak obchodzić się z
ludźmi. To jeden z powodów, przez które jestem oziębła wobec
innych. Nie chcę się zbyt spoufalać. Skoro nie umiem odwzajemniać
uczuć, którymi chcą mnie obdarzyć, to nie zasługuję na ich
otrzymanie. Spojrzałam na chłopaka. Ciekawe co mu się śni.
Ciekawe, czy w ogóle ma jakieś sny. Mimowolnie zaczęłam po cichu
opowiadać nieprzytomnemu swój dzień. Pominęłam pewne szczegóły
takie, jak poranna jazda konno z Isaaciem czy wpatrywanie się w
Shaitana za oknem. Po niecałych trzech godzinach wróciłam do domu.
Michaela jeszcze nie było. Pewnie spotkał się z innymi.
Uśmiechnęłam się na myśl, że chłopak się dobrze bawi.
Usiadłam na kanapie w salonie. Nic dziś nie jadłam, ale nie czułam
głodu. Udałam się do kuchni. Zrobiłam sobie kanapkę
profilaktycznie i zaparzyłam herbatę. Po domu rozprzestrzenił się
truskawkowy aromat pomieszany z lukrecją. Uwielbiam ten zapach i
smak. Po zjedzeniu wróciłam do salonu. Ułożyłam się w pozycji
półleżącej i ujęłam kubek w dłonie. Upiłam łyk, rozkoszując
się smakiem i ciepłem, które wraz z napojem rozlewało się po
moim ciele. Kiedy wypiłam i zaczęło się ściemniać, zapaliłam
świeczkę i położyłam się na boku, wpatrując się w płomień.
Powieki powoli zaczynały mi ciążyć, więc nie walczyłam ze
zmęczeniem, tylko poddałam się objęciom Morfeusza. Zasnęłam,
mając przed oczami widok roztańczonego płomyka.
Pióro Uczuć
Polecany post
Prolog
Wyszłam na balkon i usiadłam na grubej belce połączonej ze ścianą, która stanowiła część barierki odgradzającej mnie od poczucia wolności....
niedziela, 11 czerwca 2017
wtorek, 7 lutego 2017
niedziela, 5 lutego 2017
Rozdzial 1
Włożyłam słuchawki w uszy, włączyłam play i usłyszałam
pierwsze nuty piosenki kojącej mój wewnętrzny ból. Z zamyśleniem
na twarzy skracałam dystans dzielący mnie od szkoły. Po kilku
minutach stanęłam przed gmachem budynku. Ceglane ściany i wysokie
okiennice świadczyły o tym, że szkoła ma już swoje lata.
Zdziwiłam się, kiedy weszłam do środka i zastałam nowocześnie
urządzone korytarze, odrestaurowaną salę gimnastyczną i klasy.
Udałam się do gabinetu dyrektora, aby dać ostatnie papiery.
Zapukałam do drzwi, usłyszałam stłumione ''proszę'' i weszłam
do środka.
‒ Dzień dobry ‒ mruknęłam i podeszłam do biurka.
‒ Dzień dobry, ty pewnie jesteś Nathalie Greenwood. ‒ Podniósł wzrok na mnie.
‒ Na nieszczęście tak się nazywam ‒ odparłam obojętnym tonem.
‒ Nieszczęście? Nathalie to piękne imię ‒ powiedział i schował formularze, które mu dałam.
‒ Mi się nie podoba równie mocno jak nazwisko. Mniejsza, dostanę swoją szafkę? ‒ spytałam, a mężczyzna od razu otworzył szufladę i podał mi małą karteczkę z szyfrem i numerkiem. ‒ Dziękuje.
‒ Masz jakieś pytania? ‒ spytał, kiedy już byłam przy drzwiach.
‒ Nie, do widzenia ‒ powiedziałam i wyszłam nie czekając na odpowiedź.
Ruszyłam w stronę głównego korytarza, na którym są wszystkie szafki. Odszukałam swoją, odszyfrowałam i wpakowałam niemal wszystkie rzeczy z plecaka do niej, porządnie je układając, by zajęły jak najmniej miejsca. Zostawiłam sobie tylko notesik, długopis, portfel i telefon i zatrzasnęłam szafkę. Sprawdziłam czy na pewno jest zamknięta i poszłam szukać mojej klasy. Weszłam do pomieszczenia, w którym było chyba z 25 osób. Zajęłam miejsce w ostatniej ławce pod oknem i spojrzałam za szybę. Powoli zaczynało padać. W klasie panował chaos. Nie mogłam znieść tego hałasu, więc włożyłam słuchawki w uszy, czekając na przybycie wychowawcy. Zauważyłam cień nade mną, więc spojrzałam kto zasłania mi światło. Nie należę do najwyższych, więc musiałam zadrzeć głowę dość wysoko, by spojrzeć na rozwścieczoną blondynkę, o szarych brązowych oczach. Była bardzo ładna. Pewnie jest z klasowej ''elity''. Ruszała ustami, chyba coś do mnie mówiła, ale nie bardzo mnie to obchodziło, więc odwróciłam się z powrotem do okna. Nagle wyszarpnęła mi słuchawki z uszu.
‒ Mówię do ciebie, więc mnie nie ignoruj mała zdziro ‒ krzyknęła, a ja na nią spojrzałam obojętna.
‒ Zdziro? Okay, może być. Oddaj mi słuchawki, nie wydaję mi się, bym pozwoliła Ci je dotykać. ‒ Wzięłam słuchawki z jej rąk. ‒ Czego ode mnie chcesz? ‒ Uniosłam brew w geście zdziwienia.
‒ To moje miejsce, więc łaskawie znajdź sobie inne. ‒ Założyła ręce na wysokości piersi i spojrzała na mnie wyniośle, a ja spojrzałam na ławkę, później na krzesło, podłogę a nawet parapet. ‒ Co ty robisz?
‒ Szukam podpisu, stempla, inicjałów czy czegokolwiek co pokazywałoby, że to miejsce należy do ciebie ‒ mruknęłam.
‒ Ty sobie kpisz? Wypad z mojego miejsca już! Bo jak nie, to nie będziesz miała życia w tej szkole. ‒ Pogroziła mi, a ja dalej obserwowałam ją obojętnym wzrokiem.
‒ Nie rusza mnie to. ‒ Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na telefon, który pokazywał godzinę 8:34.
‒ Doigrałaś się. Nie znajdziesz w tej szkole nikogo, kto cię chociażby polubi. ‒ Uśmiechnęła się złowrogo.
‒ A co ty możesz o tym wiedzieć? Myślisz, że cię lubią? Hah żałosne. Te ''przyszywane przyjaciółki'', które cię otaczają, myślisz, że to prawdziwa przyjaźń? Myślisz, że możesz na nich polegać? Powiem ci coś. One się z tobą trzymają tylko dlatego, że stanowisz ''elitę'', pewnie jesteś bogata, albo twój ojciec to dyrektor, nie ważne. Te żmije czekają tylko na to, aż zrobisz coś co mogłoby być na ustach wszystkich. Domyślam się, że krąży o tobie mnóstwo plotek, a jak myślisz skąd inni mogą wiedzieć o twoich sekretach? Pewnie powiedziałaś je tylko swoim przyjaciółeczkom, prawda? ‒ oparłam się o parapet, założyłam nogę na nogę i spostrzegłam, że wszyscy się na mnie gapią z otwartymi ze zdziwienia ustami. Spojrzałam na cztery dziewczyny stojące po obu stronach blondynki. ‒ Mi by było wstyd na waszym miejscu. Udawać czyjąś przyjaciółkę za cenę sławy? Równie żałosne jak ta wasza ''przyjaciółka'' ‒ mruknęłam.
‒ Ty jesteś żałosna. Nie licz na to, że będziesz w tej szkole kimś. Jesteś zwykłą tępą zdzirą, ty pewnie nie masz wcale przyjaciół. ‒ Podniosła ton.
‒ Wolę nie mieć przyjaciół, niż mieć takich jak one czy ty. A teraz odejdź, bo zatruwasz mi powietrze ‒ warknęłam.
Dziewczyna wściekła się jeszcze bardziej, ale w tym momencie do sali wszedł nauczyciel i kazał jej usiąść. Blondynka posłała mi spojrzenie pełne pogardy i usiadła w wolnej ławce. Wychowawca zaczął mówić najważniejsze informacje, a ja notowałam wszystko co było dla mnie istotne.
‒ A teraz, poproszę na środek naszą nową koleżankę, chodź tutaj. ‒ Niechętnie wstałam i powędrowałam na środek. ‒ Przedstaw się nam.
‒ Cześć jestem Nathalie Greenwood, mam 16 lat, przeskoczyłam dwie klasy wyżej, dlatego aktualnie jestem z wami w drugiej klasie. Pochodzę z Irlandii. Przeprowadziłam się tutaj, ponieważ mam ambicję i postanowiłam uczęszczać do lepszej szkoły. ‒ Wszyscy na mnie patrzyli z niemałym zdziwieniem. ‒ Interesuję się wieloma sportami, szczególnie grami zespołowymi, aktorstwem i śpiewem.
‒ A powiedz, czym zajmują się twoi rodzice? ‒ spytał nauczyciel.
‒ Moi rodzice od dwóch lat nie żyją, ale byli naprawdę wspaniałymi ludźmi. ‒ Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie o nich.
‒ Przykro mi, nie wiedziałem ‒ burknął wychowawca.
‒ Nic się nie stało. Mam starszego o 3 lata brata, ale nie wiem gdzie teraz jest, bo uciekł z domu kiedy miał 17 lat, tydzień przed śmiercią rodziców ‒ powiedziałam i spojrzałam w podłogę.
‒ Nathalie wszystko w porządku? ‒ spytał mężczyzna.
‒ W jak najlepszym. Dobrze sobie radzę, mimo że jestem zdana tylko na siebie. ‒ Uśmiechnęłam się promiennie i w tym momencie drzwi do klasy gwałtownie się otworzyły, uderzając mnie, przez co odleciałam kawałek i upadłam na ziemię, a blondynka z wcześniej zaczęła się głośno śmiać. Zakręciło mi się trochę w głowie.
‒ Wszystko w porządku? ‒ spytali jednocześnie klęczący nade mną wychowawca i chłopak, który pewnie tak wpadł do klasy.
‒ Oprócz wstrząśnienia mózgu to chyba tak ‒ odparłam, a niektórzy z klasy się zaśmiali.
‒ Daj rękę, pomogę ci wstać ‒ powiedział chłopak, ale ja wstałam bez jego pomocy i otrzepałam spódniczkę.
‒ Nie trzeba, jak widać potrafię sobie radzić sama ‒ odparłam z delikatnym uśmiechem. ‒ Mogę już usiąść na miejsce? ‒ Spojrzałam na nauczyciela.
‒ Tak, pewnie ‒ wybełkotał zdziwiony całą sytuacją, a ja pomaszerowałam na miejsce. ‒ Panie Anderson niech pan również usiądzie. ‒ Chłopak rozejrzał się po klasie, a że jedyne miejsce wolne było obok mnie, to ruszył w jego stronę.
‒ Ale jak to? Proszę pana on nie może siedzieć z NIĄ ‒ krzyknęła blondynka.
‒ A to dlaczego? ‒ spytał chłopak siadając na krześle obok mnie.
‒ Jeszcze się czymś od niej zarazisz Mikey. ‒ Spojrzała na mnie z obrzydzeniem.
‒ Daj spokój Felicia. Zachowujesz się jak dziecko. ‒ Spiorunował ją spojrzeniem i zwrócił się do mnie. ‒ Przepraszam za nią, bywa wredna.
‒ Myślisz, że mnie to obchodzi? Laska jest dla mnie nikim. ‒ Prychnęłam, oparłam brodę na ręce i spojrzałam w okno.
‒ Jestem Michael, ale mów mi Mike, albo Mikey ‒ szepnął.
‒ Nathalie ‒ mruknęłam.
‒ Jesteś zła za wcześniej? ‒ spytał ze zmartwieniem w oczach.
‒ W sensie? ‒ Spojrzałam na niego i uniosłam brew.
‒ No za to, że dostałaś drzwiami. ‒ Podrapał się po tyle głowy.
‒ Aaa to. Ani trochę ‒ odparłam i z powrotem odwróciłam się do okna.
Domyślam się, że chłopak czuł się niezręcznie w tej sytuacji, ale nigdy nie byłam dla nikogo jakoś specjalnie miła, więc raczej mnie to nie obchodziło. Czas mi się strasznie dłużył. Chciałam jak najszybciej wyjść z tej szkoły, zaczerpnąć świeżego powietrza i przespacerować się w deszczu. Dawno się tak nie cieszyłam, kiedy usłyszałam, że mogę już iść. Wyszłam z klasy jako jedna z pierwszych i od razu udałam się do szafki. Włożyłam słuchawki do uszu, założyłam kurtkę i biały szal idealnie kontrastujący z moimi czarnymi jak smoła włosami, niektórzy uważają, że w świetle popadają nawet w granat. Wyszłam ze szkoły, rozłożyłam ręce, zamknęłam oczy i uniosłam twarz ku górze czując ja spadają na mnie krople deszczu. Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam w stronę domu. Poczułam jak ktoś mnie chwyta za ramię i momentalnie odwróciłam się i wykręciłam rękę tej osoby. Okazało się, że to tylko Michael, więc go puściłam i wyjęłam słuchawki z uszu.
‒ Uh silny masz ten chwyt ‒ syknął z bólu i potarł swój nadgarstek.
‒ Przepraszam, zaskoczyłeś mnie, to taki odruch ‒ odparłam.
‒ Można powiedzieć, że teraz jesteśmy kwita. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Hahah niech będzie. ‒ Zaśmiałam się i ponownie uniosłam twarz ku niebu.
‒ Lubisz deszcz? ‒ spytał, a ja spojrzałam na niego.
‒ To jedna z niewielu rzeczy, która wprowadza mnie w nostalgie, ale to całkiem przyjemne ‒ odparłam, odwróciłam się i ruszyłam we wcześniej wspomnianym kierunku.
‒ Hej, zaczekaj! ‒ krzyknął i podbiegł do mnie.
‒ O co chodzi? ‒ spytałam, nie przestając iść.
‒ Chciałem Cię zaprosić do kawiarni. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Nie mam ochoty ‒ odparłam beznamiętnie.
‒ Nie mogę uwierzyć. Jesteś pierwszą dziewczyną, która nie jest mną zainteresowana ‒ powiedział.
‒ Nie powiedziałam, że nie jestem, ale to akurat fakt, poza tym nie znam Cię, więc nie widzę powodu, dla którego miałbyś mnie interesować ‒ mruknęłam.
‒ No dobra, to skoro nie do kawiarni, to chociaż pozwól mi się odprowadzić do domu ‒ zaproponował.
‒ Nie wiem, czy chcę, żebyś wiedział, gdzie mieszkam ‒ burknęłam.
‒ Oj nie daj się prosić ‒ powiedział milusim tonem.
‒ Dobra, dobra, tylko już nie truj ‒ powiedziałam od niechcenia.
Droga minęła nam w milczeniu. Nie przeszkadzało mi to, jestem przyzwyczajona. Jak tak sobie pomyślę, to ten chłopak jest nawet przystojny i w sumie całkiem podobny do mojego ''przewodnika'', tylko oczy ma szare i mocniejsze rysy twarzy. Doszliśmy do mojego domu. Już miałam się pożegnać z chłopakiem, kiedy zadzwonił do niego telefon. Na początku się uśmiechał, ale po chwili mina mu zrzedła. Schował komórkę do kieszeni i spojrzał na mnie zmartwiony.
‒ Co jest? ‒ Usiłowałam zabrzmieć tak, jakby mnie to interesowało.
‒ Mama dzwoniła. Powiedziała, że w nasz dom uderzył piorun i pojechali nocować do ciotki razem z moim młodszym bratem, a ja mam sobie znaleźć miejsce, gdzie będę spać przez następne kilka dni. ‒ Złapał się za głowę.
‒ Możesz spać u mnie ‒ powiedziałam.
‒ Naprawdę? A co na to rodzice? ‒ spytał.
‒ Rodzice nie żyją od dwóch lat. Mieszkam sama ‒ odparłam.
‒ Przepraszam ‒ mruknął skruszony.
‒ Nic się nie stało. Chodź. ‒ Otworzyłam drzwi i weszliśmy do środka. ‒ Jesteś głodny?
‒ Trochę, ale nie wysilaj się. Wytrzymam. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Kilka dni bez jedzenia? Powodzenia. Mam naleśniki z serem i kurczakiem, chcesz? ‒ spytałam.
‒ A ty? Co będziesz jeść?
‒ Zrobiłam ich na zapas, bo nie chce mi się codziennie robić jedzenia, więc możesz być spokojny. ‒ Poszłam do kuchni odgrzać naleśniki. ‒ Na prawo masz salon, a drugie drzwi w lewo to łazienka, jeśli czegoś potrzebujesz to mów. ‒ Chłopak wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
‒ Dość duży masz ten dom jak na jedną osobę ‒ powiedział, rozglądając się dookoła.
‒ Nigdy o tym nie myślałam ‒ odparłam.
‒ Pracujesz gdzieś, albo coś? ‒ spytał.
‒ Nie. ‒ Odgrzane naleśniki ułożyłam na talerzach i postawiłam na stole, siadając na przeciwko chłopaka.
‒ To jak opłacasz ten dom? ‒ zdziwił się.
‒ Ze spadku po rodzicach. Wszystko przepisali na mnie, a że nie należeliśmy do biednych rodzin to na razie przynajmniej nie muszę się martwić o to ‒ powiedziałam, odkroiłam kawałek naleśnika i zjadłam go.
‒ Rozumiem. Dzięki, że mnie ratujesz od spania na ulicy. ‒ Zaśmiał się, a ja nie mogłam uwierzyć, jak można mieć tak olśniewający uśmiech.
‒ Nie ma sprawy. Może nie sprawiam takiego wrażenia, ale jestem pomocną osobą ‒ odparłam beznamiętnie i dalej jadłam naleśnika. ‒ Jedz, bo wystygnie.
‒ No tak. ‒ Zjadł pierwszy kęs. ‒ Wow, ale to dobre. Niezła jesteś w gotowaniu. Hm... Czemu jesteś taka oschła i oziębła? Zrobiłem ci coś? ‒ Spojrzał na mnie.
‒ Nie bierz tego do siebie, jestem taka dla wszystkich ‒ mruknęłam.
‒ Da się zrobić coś, byś była dla poszczególnych osób milsza? ‒ Przypatrywał mi się uważnie.
‒ Nie wiem. Nigdy nie zmieniałam do nikogo podejścia ‒ odparłam.
‒ A chłopak? Albo przyjaciółki? ‒ Zdziwił się.
‒ Gdybym kiedykolwiek miała chłopaka, albo przyjaciółki to tak naprawdę nie wiem, jak bym się przy nich zachowywała. Wątpię, że kiedyś będę w związku, albo będę miała w ogóle jakieś bliższe sercu osoby, ale jakoś mnie to nie rusza. To tej pory byłam sama, to i do końca życia będę sama ‒ odpowiedziałam i spuściłam wzrok, bo wiedziałam, że koniec mojego życia nie nadejdzie nigdy.
‒ Oh rozumiem. Ja bym tak nie potrafił. Muszę mieć wokół siebie ludzi pozytywnie nastawionych do mnie. ‒ Oparł brodę na ręce.
‒ Widzisz ludzie są różni ‒ rzekłam i odniosłam talerz do zlewu i wyjrzałam przez okno, niemal krzyknęłam gdy zobaczyłam tuż przed nim mojego ''przewodnika''. Szybko zasłoniłam okno i odeszłam od niego.
‒ Coś się stało? ‒ spytał, odłożył talerz i odsłonił okno, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ale na szczęście ''przewodnika'' już tam nie było.
‒ Uf... Nie nic, wydawało mi się, że coś widziałam, ale się pomyliłam. ‒ Przygryzłam nerwowo wargę.
‒ Na pewno? Wszystko w porządku? Może mogę jakoś pomóc ‒ zaproponował.
‒ Nie, serio, wszystko jest okay. ‒ Odeszłam do tyłu, machając rękami na znak, że wszystko dobrze.
‒ Nie wierzę ci, ale widzę, że nie chcesz mi powiedzieć, więc dam ci już spokój ‒ odparł.
‒ Możesz sobie poprzeglądać co jest w szafach skoro będziesz mieszkać tu kilka dni, a ja nie zamierzam ci usługiwać, więc zapoznaj się z domem ‒ mruknęłam i poszłam do pokoju.
Zamknęłam drzwi i ledwo zdążyłam usiąść na łóżku, kiedy przede mną pojawiła się postać czarnego żniwiarza.
‒ Co znowu? ‒ spytałam od niechcenia.
‒ Dlaczego go tutaj przyprowadziłaś? ‒ odpowiedział pytaniem, wyraźnie poirytowany.
‒ Bo mogę? Facetowi piorun walnął w dom, miałam kazać mu spać na ulicy? ‒ Podniosłam ton.
‒ Ciszej, bo jeszcze cie usłyszy. Wiesz, że teraz masz ograniczoną swobodę? Pamiętaj, żeby nie używać żadnych mocy, ani nic, czaisz? ‒ Spojrzał na mnie gniewnie.
‒ Jakich mocy? O czym ty pieprzysz? ‒ Zdziwiłam się i poszłam za nim na balkon zamykając za sobą okno.
‒ Jeszcze ich nie odkryłaś? Tydzień temu skończyłaś 16 urodziny, powinny się już objawić… ‒ Zaczął mamrotać do siebie.
‒ Ale o czym ty mówisz? ‒ Ponownie podniosłam ton.
‒ Zamknij się. To znaczy, że... Słuchaj nie czujesz się jakoś inaczej od tygodnia? ‒ zapytał.
‒ Może trochę, ale co to ma do rzeczy? ‒ Założyłam ręce na wysokości piersi.
‒ Co czujesz? Lekki ucisk w klatce i taką jakby lekkość? ‒ spytał.
‒ Yyy... Skąd wiesz? ‒ Zdziwiłam się.
‒ Bo nie pierwszy raz jestem ''przewodnikiem'' ‒ powiedział sarkastycznie. ‒ Swoją drogą od tego chłopaka też czuć delikatne promieniowanie, ale myślę, że to dlatego, że spędził z tobą trochę czasu. Posłuchaj, musisz nauczyć się kontrolować swoje moce i zrobić barierę wokół twojego domu, bo jesteś łatwą zdobyczą dla innych ‒ ostrzegł mnie.
‒ Dla jakich innych? Słuchaj, nawet jeżeli mam jakieś moce, to nie nauczę się ich kontrolować z dnia na dzień. Skoro jesteś moim przewodnikiem, to zaradź mi jakoś. Nie możesz na razie ty ustawić tej całej bariery? ‒ zapytałam.
‒ Mogę ale ona nie jest trwała. Jeśli tylko jakaś moc ci się nagle objawi bariera zniknie ‒ powiedział.
‒ Lepsze to niż nic. Czy jest możliwość, byś mnie trenował, jeśli chodzi o te moce? Ale nie tutaj. Gdzieś z daleka od szkoły i domu. ‒ Spojrzałam na niego.
‒ Jest takie miejsce, więc będziemy mogli spróbować ale nikomu ani słowa o tym, rozumiesz? ‒ Wwiercał mi się tym zielonym spojrzeniem w głąb duszy.
‒ Mhm, jasne. Myślisz, że miałabym komu powiedzieć? ‒ Posłałam mu sarkastyczny uśmiech, spojrzałam w stronę pokoju i myślałam, że w tym momencie umrę. W pokoju stał Michael z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami.
‒ Co jest? ‒ spytał ''przewodnik'' i już odwracał się w stronę pokoju, ale przyciągnęłam go do siebie i mocno przytuliłam. ‒ Co ty robisz?
‒ Przytulam cię, nie czujesz? Jak ty masz właściwie na imię? ‒ spytałam, próbując ratować sytuację.
‒ Isaac. Możesz mnie już puścić? Czuję się niekomfortowo ‒ mruknął.
‒ Wybacz. ‒ Puściłam go i spojrzałam w stronę pokoju, na szczęście Michaela już tam nie było.
‒ O co chodzi? ‒ Zdziwił się.
‒ O nic. Po prostu um... Miałam ochotę się do kogoś przytulić. ‒ Spuściłam wzrok na podłogę.
‒ Nie jesteś takim typem osoby. Dobra, muszę już iść. Nie zrób nic głupiego, cześć ‒ powiedział i rozpłynął się w powietrzu, a ja odetchnęłam z ulgą. Teraz tylko kwestia Michaela. Weszłam do pokoju.
‒ Kto to był? ‒ spytał chłopak siedząc w rogu pokoju, którego nie widać z balkonu.
‒ Czemu cię to interesuje? ‒ powiedziałam trochę nerwowo.
‒ Może dlatego, że gościu wyglądał jak ponury żniwiarz i rozpłynął się w powietrzu? ‒ W jego głosie było mnóstwo sarkazmu, ale też złości.
‒ Nie mogę ci powiedzieć. ‒ Oparłam się o ścianę.
‒ Jak to nie możesz?! Gościu się rozpłynął w powietrzu! Nathalie, co tu się dzieje?! ‒ Podszedł do mnie i zamachnął się, uderzając pięścią w ścianę, jego dłoń zapłonęła żywym ogniem.
‒ AAA! Co to ma być?! Palisz się! ‒ Uciekłam na drugi koniec pokoju. ‒ Zgaś to, bo mi dom spalisz! ‒ krzyknęłam a ogień zniknął tak nagle jak się pojawił.
‒ Przepraszam ‒ mruknął i kucnął przede mną, a ja coraz mocniej wciskałam się w fotel. Bałam się.
‒ Odejdź ode mnie. Słyszysz? Odejdź! ‒ wrzasnęłam i zacisnęłam oczy. Gdy je otworzyłam chłopak był przyklejony do przeciwległej ściany, a większość przedmiotów w pokoju lewitowała.
‒ Puść bo mnie udusisz… ‒ powiedział ledwo słyszalnie, a ja patrzyłam na wszystko wystraszona. Po chwili się ocknęłam i wszystko nagle spadło.
‒ C-co to było...? ‒ Spojrzałam na swoje trzęsące się dłonie i zauważyłam jak pojawiają się na nich dwie czarne gwiazdy.
‒ A więc ty też… ‒ powiedział do siebie chłopak i pocierał swoje gardło.
‒ Ja... Nie wiem co się stało. Przepraszam ‒ szepnęłam roztrzęsiona i skuliłam się na fotelu drżąc ze strachu i bezsilności.
‒ W porządku, to normalne na początku. ‒ Słyszałam jak do mnie podchodzi. ‒ Wstań. ‒ Podał mi rękę, a ja ją niepewnie chwyciłam.
‒ Co ja mam zrobić? ‒ szepnęłam ze łzami w oczach patrząc na niego.
‒ Nauczyć się to kontrolować. Pomogę ci w tym ‒ powiedział i przycisnął mnie mocno do siebie.
Pierwszy raz poczułam, że naprawdę potrzebowałam czyjejś bliskości. Czułam się niewiarygodnie bezpiecznie w ramionach Michaela. Nie wiem dlaczego. Zastanawiałam się czy chłopak jest taki jak ja, czy również jest nieśmiertelny, albo tak jak ja jest w połowie człowiekiem w połowie upadłym aniołem. Chciałam go o tyle zapytać, ale nagle poczułam się strasznie zmęczona i osłabiona. Miałam ochotę od niego odejść i położyć się na łóżku, ale zakręciło mi się w głowie. Michael podniósł mnie i ułożył na posłaniu, a ja nawet nie miałam sił, by protestować. Przymknęłam oczy. Isaac miał rację. Rzeczywiście czuć od niego jakąś słabo emanującą energię. Po chwili poczułam, że odpływam i zasnęłam. Jedyne co pamiętam, to uczucie, kiedy Michael złapał mnie za rękę... A może to już był sen? Nie wiem.
‒ Dzień dobry ‒ mruknęłam i podeszłam do biurka.
‒ Dzień dobry, ty pewnie jesteś Nathalie Greenwood. ‒ Podniósł wzrok na mnie.
‒ Na nieszczęście tak się nazywam ‒ odparłam obojętnym tonem.
‒ Nieszczęście? Nathalie to piękne imię ‒ powiedział i schował formularze, które mu dałam.
‒ Mi się nie podoba równie mocno jak nazwisko. Mniejsza, dostanę swoją szafkę? ‒ spytałam, a mężczyzna od razu otworzył szufladę i podał mi małą karteczkę z szyfrem i numerkiem. ‒ Dziękuje.
‒ Masz jakieś pytania? ‒ spytał, kiedy już byłam przy drzwiach.
‒ Nie, do widzenia ‒ powiedziałam i wyszłam nie czekając na odpowiedź.
Ruszyłam w stronę głównego korytarza, na którym są wszystkie szafki. Odszukałam swoją, odszyfrowałam i wpakowałam niemal wszystkie rzeczy z plecaka do niej, porządnie je układając, by zajęły jak najmniej miejsca. Zostawiłam sobie tylko notesik, długopis, portfel i telefon i zatrzasnęłam szafkę. Sprawdziłam czy na pewno jest zamknięta i poszłam szukać mojej klasy. Weszłam do pomieszczenia, w którym było chyba z 25 osób. Zajęłam miejsce w ostatniej ławce pod oknem i spojrzałam za szybę. Powoli zaczynało padać. W klasie panował chaos. Nie mogłam znieść tego hałasu, więc włożyłam słuchawki w uszy, czekając na przybycie wychowawcy. Zauważyłam cień nade mną, więc spojrzałam kto zasłania mi światło. Nie należę do najwyższych, więc musiałam zadrzeć głowę dość wysoko, by spojrzeć na rozwścieczoną blondynkę, o szarych brązowych oczach. Była bardzo ładna. Pewnie jest z klasowej ''elity''. Ruszała ustami, chyba coś do mnie mówiła, ale nie bardzo mnie to obchodziło, więc odwróciłam się z powrotem do okna. Nagle wyszarpnęła mi słuchawki z uszu.
‒ Mówię do ciebie, więc mnie nie ignoruj mała zdziro ‒ krzyknęła, a ja na nią spojrzałam obojętna.
‒ Zdziro? Okay, może być. Oddaj mi słuchawki, nie wydaję mi się, bym pozwoliła Ci je dotykać. ‒ Wzięłam słuchawki z jej rąk. ‒ Czego ode mnie chcesz? ‒ Uniosłam brew w geście zdziwienia.
‒ To moje miejsce, więc łaskawie znajdź sobie inne. ‒ Założyła ręce na wysokości piersi i spojrzała na mnie wyniośle, a ja spojrzałam na ławkę, później na krzesło, podłogę a nawet parapet. ‒ Co ty robisz?
‒ Szukam podpisu, stempla, inicjałów czy czegokolwiek co pokazywałoby, że to miejsce należy do ciebie ‒ mruknęłam.
‒ Ty sobie kpisz? Wypad z mojego miejsca już! Bo jak nie, to nie będziesz miała życia w tej szkole. ‒ Pogroziła mi, a ja dalej obserwowałam ją obojętnym wzrokiem.
‒ Nie rusza mnie to. ‒ Wzruszyłam ramionami i spojrzałam na telefon, który pokazywał godzinę 8:34.
‒ Doigrałaś się. Nie znajdziesz w tej szkole nikogo, kto cię chociażby polubi. ‒ Uśmiechnęła się złowrogo.
‒ A co ty możesz o tym wiedzieć? Myślisz, że cię lubią? Hah żałosne. Te ''przyszywane przyjaciółki'', które cię otaczają, myślisz, że to prawdziwa przyjaźń? Myślisz, że możesz na nich polegać? Powiem ci coś. One się z tobą trzymają tylko dlatego, że stanowisz ''elitę'', pewnie jesteś bogata, albo twój ojciec to dyrektor, nie ważne. Te żmije czekają tylko na to, aż zrobisz coś co mogłoby być na ustach wszystkich. Domyślam się, że krąży o tobie mnóstwo plotek, a jak myślisz skąd inni mogą wiedzieć o twoich sekretach? Pewnie powiedziałaś je tylko swoim przyjaciółeczkom, prawda? ‒ oparłam się o parapet, założyłam nogę na nogę i spostrzegłam, że wszyscy się na mnie gapią z otwartymi ze zdziwienia ustami. Spojrzałam na cztery dziewczyny stojące po obu stronach blondynki. ‒ Mi by było wstyd na waszym miejscu. Udawać czyjąś przyjaciółkę za cenę sławy? Równie żałosne jak ta wasza ''przyjaciółka'' ‒ mruknęłam.
‒ Ty jesteś żałosna. Nie licz na to, że będziesz w tej szkole kimś. Jesteś zwykłą tępą zdzirą, ty pewnie nie masz wcale przyjaciół. ‒ Podniosła ton.
‒ Wolę nie mieć przyjaciół, niż mieć takich jak one czy ty. A teraz odejdź, bo zatruwasz mi powietrze ‒ warknęłam.
Dziewczyna wściekła się jeszcze bardziej, ale w tym momencie do sali wszedł nauczyciel i kazał jej usiąść. Blondynka posłała mi spojrzenie pełne pogardy i usiadła w wolnej ławce. Wychowawca zaczął mówić najważniejsze informacje, a ja notowałam wszystko co było dla mnie istotne.
‒ A teraz, poproszę na środek naszą nową koleżankę, chodź tutaj. ‒ Niechętnie wstałam i powędrowałam na środek. ‒ Przedstaw się nam.
‒ Cześć jestem Nathalie Greenwood, mam 16 lat, przeskoczyłam dwie klasy wyżej, dlatego aktualnie jestem z wami w drugiej klasie. Pochodzę z Irlandii. Przeprowadziłam się tutaj, ponieważ mam ambicję i postanowiłam uczęszczać do lepszej szkoły. ‒ Wszyscy na mnie patrzyli z niemałym zdziwieniem. ‒ Interesuję się wieloma sportami, szczególnie grami zespołowymi, aktorstwem i śpiewem.
‒ A powiedz, czym zajmują się twoi rodzice? ‒ spytał nauczyciel.
‒ Moi rodzice od dwóch lat nie żyją, ale byli naprawdę wspaniałymi ludźmi. ‒ Uśmiechnęłam się delikatnie na wspomnienie o nich.
‒ Przykro mi, nie wiedziałem ‒ burknął wychowawca.
‒ Nic się nie stało. Mam starszego o 3 lata brata, ale nie wiem gdzie teraz jest, bo uciekł z domu kiedy miał 17 lat, tydzień przed śmiercią rodziców ‒ powiedziałam i spojrzałam w podłogę.
‒ Nathalie wszystko w porządku? ‒ spytał mężczyzna.
‒ W jak najlepszym. Dobrze sobie radzę, mimo że jestem zdana tylko na siebie. ‒ Uśmiechnęłam się promiennie i w tym momencie drzwi do klasy gwałtownie się otworzyły, uderzając mnie, przez co odleciałam kawałek i upadłam na ziemię, a blondynka z wcześniej zaczęła się głośno śmiać. Zakręciło mi się trochę w głowie.
‒ Wszystko w porządku? ‒ spytali jednocześnie klęczący nade mną wychowawca i chłopak, który pewnie tak wpadł do klasy.
‒ Oprócz wstrząśnienia mózgu to chyba tak ‒ odparłam, a niektórzy z klasy się zaśmiali.
‒ Daj rękę, pomogę ci wstać ‒ powiedział chłopak, ale ja wstałam bez jego pomocy i otrzepałam spódniczkę.
‒ Nie trzeba, jak widać potrafię sobie radzić sama ‒ odparłam z delikatnym uśmiechem. ‒ Mogę już usiąść na miejsce? ‒ Spojrzałam na nauczyciela.
‒ Tak, pewnie ‒ wybełkotał zdziwiony całą sytuacją, a ja pomaszerowałam na miejsce. ‒ Panie Anderson niech pan również usiądzie. ‒ Chłopak rozejrzał się po klasie, a że jedyne miejsce wolne było obok mnie, to ruszył w jego stronę.
‒ Ale jak to? Proszę pana on nie może siedzieć z NIĄ ‒ krzyknęła blondynka.
‒ A to dlaczego? ‒ spytał chłopak siadając na krześle obok mnie.
‒ Jeszcze się czymś od niej zarazisz Mikey. ‒ Spojrzała na mnie z obrzydzeniem.
‒ Daj spokój Felicia. Zachowujesz się jak dziecko. ‒ Spiorunował ją spojrzeniem i zwrócił się do mnie. ‒ Przepraszam za nią, bywa wredna.
‒ Myślisz, że mnie to obchodzi? Laska jest dla mnie nikim. ‒ Prychnęłam, oparłam brodę na ręce i spojrzałam w okno.
‒ Jestem Michael, ale mów mi Mike, albo Mikey ‒ szepnął.
‒ Nathalie ‒ mruknęłam.
‒ Jesteś zła za wcześniej? ‒ spytał ze zmartwieniem w oczach.
‒ W sensie? ‒ Spojrzałam na niego i uniosłam brew.
‒ No za to, że dostałaś drzwiami. ‒ Podrapał się po tyle głowy.
‒ Aaa to. Ani trochę ‒ odparłam i z powrotem odwróciłam się do okna.
Domyślam się, że chłopak czuł się niezręcznie w tej sytuacji, ale nigdy nie byłam dla nikogo jakoś specjalnie miła, więc raczej mnie to nie obchodziło. Czas mi się strasznie dłużył. Chciałam jak najszybciej wyjść z tej szkoły, zaczerpnąć świeżego powietrza i przespacerować się w deszczu. Dawno się tak nie cieszyłam, kiedy usłyszałam, że mogę już iść. Wyszłam z klasy jako jedna z pierwszych i od razu udałam się do szafki. Włożyłam słuchawki do uszu, założyłam kurtkę i biały szal idealnie kontrastujący z moimi czarnymi jak smoła włosami, niektórzy uważają, że w świetle popadają nawet w granat. Wyszłam ze szkoły, rozłożyłam ręce, zamknęłam oczy i uniosłam twarz ku górze czując ja spadają na mnie krople deszczu. Uśmiechnęłam się do siebie i ruszyłam w stronę domu. Poczułam jak ktoś mnie chwyta za ramię i momentalnie odwróciłam się i wykręciłam rękę tej osoby. Okazało się, że to tylko Michael, więc go puściłam i wyjęłam słuchawki z uszu.
‒ Uh silny masz ten chwyt ‒ syknął z bólu i potarł swój nadgarstek.
‒ Przepraszam, zaskoczyłeś mnie, to taki odruch ‒ odparłam.
‒ Można powiedzieć, że teraz jesteśmy kwita. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Hahah niech będzie. ‒ Zaśmiałam się i ponownie uniosłam twarz ku niebu.
‒ Lubisz deszcz? ‒ spytał, a ja spojrzałam na niego.
‒ To jedna z niewielu rzeczy, która wprowadza mnie w nostalgie, ale to całkiem przyjemne ‒ odparłam, odwróciłam się i ruszyłam we wcześniej wspomnianym kierunku.
‒ Hej, zaczekaj! ‒ krzyknął i podbiegł do mnie.
‒ O co chodzi? ‒ spytałam, nie przestając iść.
‒ Chciałem Cię zaprosić do kawiarni. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Nie mam ochoty ‒ odparłam beznamiętnie.
‒ Nie mogę uwierzyć. Jesteś pierwszą dziewczyną, która nie jest mną zainteresowana ‒ powiedział.
‒ Nie powiedziałam, że nie jestem, ale to akurat fakt, poza tym nie znam Cię, więc nie widzę powodu, dla którego miałbyś mnie interesować ‒ mruknęłam.
‒ No dobra, to skoro nie do kawiarni, to chociaż pozwól mi się odprowadzić do domu ‒ zaproponował.
‒ Nie wiem, czy chcę, żebyś wiedział, gdzie mieszkam ‒ burknęłam.
‒ Oj nie daj się prosić ‒ powiedział milusim tonem.
‒ Dobra, dobra, tylko już nie truj ‒ powiedziałam od niechcenia.
Droga minęła nam w milczeniu. Nie przeszkadzało mi to, jestem przyzwyczajona. Jak tak sobie pomyślę, to ten chłopak jest nawet przystojny i w sumie całkiem podobny do mojego ''przewodnika'', tylko oczy ma szare i mocniejsze rysy twarzy. Doszliśmy do mojego domu. Już miałam się pożegnać z chłopakiem, kiedy zadzwonił do niego telefon. Na początku się uśmiechał, ale po chwili mina mu zrzedła. Schował komórkę do kieszeni i spojrzał na mnie zmartwiony.
‒ Co jest? ‒ Usiłowałam zabrzmieć tak, jakby mnie to interesowało.
‒ Mama dzwoniła. Powiedziała, że w nasz dom uderzył piorun i pojechali nocować do ciotki razem z moim młodszym bratem, a ja mam sobie znaleźć miejsce, gdzie będę spać przez następne kilka dni. ‒ Złapał się za głowę.
‒ Możesz spać u mnie ‒ powiedziałam.
‒ Naprawdę? A co na to rodzice? ‒ spytał.
‒ Rodzice nie żyją od dwóch lat. Mieszkam sama ‒ odparłam.
‒ Przepraszam ‒ mruknął skruszony.
‒ Nic się nie stało. Chodź. ‒ Otworzyłam drzwi i weszliśmy do środka. ‒ Jesteś głodny?
‒ Trochę, ale nie wysilaj się. Wytrzymam. ‒ Uśmiechnął się.
‒ Kilka dni bez jedzenia? Powodzenia. Mam naleśniki z serem i kurczakiem, chcesz? ‒ spytałam.
‒ A ty? Co będziesz jeść?
‒ Zrobiłam ich na zapas, bo nie chce mi się codziennie robić jedzenia, więc możesz być spokojny. ‒ Poszłam do kuchni odgrzać naleśniki. ‒ Na prawo masz salon, a drugie drzwi w lewo to łazienka, jeśli czegoś potrzebujesz to mów. ‒ Chłopak wszedł do kuchni i usiadł przy stole.
‒ Dość duży masz ten dom jak na jedną osobę ‒ powiedział, rozglądając się dookoła.
‒ Nigdy o tym nie myślałam ‒ odparłam.
‒ Pracujesz gdzieś, albo coś? ‒ spytał.
‒ Nie. ‒ Odgrzane naleśniki ułożyłam na talerzach i postawiłam na stole, siadając na przeciwko chłopaka.
‒ To jak opłacasz ten dom? ‒ zdziwił się.
‒ Ze spadku po rodzicach. Wszystko przepisali na mnie, a że nie należeliśmy do biednych rodzin to na razie przynajmniej nie muszę się martwić o to ‒ powiedziałam, odkroiłam kawałek naleśnika i zjadłam go.
‒ Rozumiem. Dzięki, że mnie ratujesz od spania na ulicy. ‒ Zaśmiał się, a ja nie mogłam uwierzyć, jak można mieć tak olśniewający uśmiech.
‒ Nie ma sprawy. Może nie sprawiam takiego wrażenia, ale jestem pomocną osobą ‒ odparłam beznamiętnie i dalej jadłam naleśnika. ‒ Jedz, bo wystygnie.
‒ No tak. ‒ Zjadł pierwszy kęs. ‒ Wow, ale to dobre. Niezła jesteś w gotowaniu. Hm... Czemu jesteś taka oschła i oziębła? Zrobiłem ci coś? ‒ Spojrzał na mnie.
‒ Nie bierz tego do siebie, jestem taka dla wszystkich ‒ mruknęłam.
‒ Da się zrobić coś, byś była dla poszczególnych osób milsza? ‒ Przypatrywał mi się uważnie.
‒ Nie wiem. Nigdy nie zmieniałam do nikogo podejścia ‒ odparłam.
‒ A chłopak? Albo przyjaciółki? ‒ Zdziwił się.
‒ Gdybym kiedykolwiek miała chłopaka, albo przyjaciółki to tak naprawdę nie wiem, jak bym się przy nich zachowywała. Wątpię, że kiedyś będę w związku, albo będę miała w ogóle jakieś bliższe sercu osoby, ale jakoś mnie to nie rusza. To tej pory byłam sama, to i do końca życia będę sama ‒ odpowiedziałam i spuściłam wzrok, bo wiedziałam, że koniec mojego życia nie nadejdzie nigdy.
‒ Oh rozumiem. Ja bym tak nie potrafił. Muszę mieć wokół siebie ludzi pozytywnie nastawionych do mnie. ‒ Oparł brodę na ręce.
‒ Widzisz ludzie są różni ‒ rzekłam i odniosłam talerz do zlewu i wyjrzałam przez okno, niemal krzyknęłam gdy zobaczyłam tuż przed nim mojego ''przewodnika''. Szybko zasłoniłam okno i odeszłam od niego.
‒ Coś się stało? ‒ spytał, odłożył talerz i odsłonił okno, zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, ale na szczęście ''przewodnika'' już tam nie było.
‒ Uf... Nie nic, wydawało mi się, że coś widziałam, ale się pomyliłam. ‒ Przygryzłam nerwowo wargę.
‒ Na pewno? Wszystko w porządku? Może mogę jakoś pomóc ‒ zaproponował.
‒ Nie, serio, wszystko jest okay. ‒ Odeszłam do tyłu, machając rękami na znak, że wszystko dobrze.
‒ Nie wierzę ci, ale widzę, że nie chcesz mi powiedzieć, więc dam ci już spokój ‒ odparł.
‒ Możesz sobie poprzeglądać co jest w szafach skoro będziesz mieszkać tu kilka dni, a ja nie zamierzam ci usługiwać, więc zapoznaj się z domem ‒ mruknęłam i poszłam do pokoju.
Zamknęłam drzwi i ledwo zdążyłam usiąść na łóżku, kiedy przede mną pojawiła się postać czarnego żniwiarza.
‒ Co znowu? ‒ spytałam od niechcenia.
‒ Dlaczego go tutaj przyprowadziłaś? ‒ odpowiedział pytaniem, wyraźnie poirytowany.
‒ Bo mogę? Facetowi piorun walnął w dom, miałam kazać mu spać na ulicy? ‒ Podniosłam ton.
‒ Ciszej, bo jeszcze cie usłyszy. Wiesz, że teraz masz ograniczoną swobodę? Pamiętaj, żeby nie używać żadnych mocy, ani nic, czaisz? ‒ Spojrzał na mnie gniewnie.
‒ Jakich mocy? O czym ty pieprzysz? ‒ Zdziwiłam się i poszłam za nim na balkon zamykając za sobą okno.
‒ Jeszcze ich nie odkryłaś? Tydzień temu skończyłaś 16 urodziny, powinny się już objawić… ‒ Zaczął mamrotać do siebie.
‒ Ale o czym ty mówisz? ‒ Ponownie podniosłam ton.
‒ Zamknij się. To znaczy, że... Słuchaj nie czujesz się jakoś inaczej od tygodnia? ‒ zapytał.
‒ Może trochę, ale co to ma do rzeczy? ‒ Założyłam ręce na wysokości piersi.
‒ Co czujesz? Lekki ucisk w klatce i taką jakby lekkość? ‒ spytał.
‒ Yyy... Skąd wiesz? ‒ Zdziwiłam się.
‒ Bo nie pierwszy raz jestem ''przewodnikiem'' ‒ powiedział sarkastycznie. ‒ Swoją drogą od tego chłopaka też czuć delikatne promieniowanie, ale myślę, że to dlatego, że spędził z tobą trochę czasu. Posłuchaj, musisz nauczyć się kontrolować swoje moce i zrobić barierę wokół twojego domu, bo jesteś łatwą zdobyczą dla innych ‒ ostrzegł mnie.
‒ Dla jakich innych? Słuchaj, nawet jeżeli mam jakieś moce, to nie nauczę się ich kontrolować z dnia na dzień. Skoro jesteś moim przewodnikiem, to zaradź mi jakoś. Nie możesz na razie ty ustawić tej całej bariery? ‒ zapytałam.
‒ Mogę ale ona nie jest trwała. Jeśli tylko jakaś moc ci się nagle objawi bariera zniknie ‒ powiedział.
‒ Lepsze to niż nic. Czy jest możliwość, byś mnie trenował, jeśli chodzi o te moce? Ale nie tutaj. Gdzieś z daleka od szkoły i domu. ‒ Spojrzałam na niego.
‒ Jest takie miejsce, więc będziemy mogli spróbować ale nikomu ani słowa o tym, rozumiesz? ‒ Wwiercał mi się tym zielonym spojrzeniem w głąb duszy.
‒ Mhm, jasne. Myślisz, że miałabym komu powiedzieć? ‒ Posłałam mu sarkastyczny uśmiech, spojrzałam w stronę pokoju i myślałam, że w tym momencie umrę. W pokoju stał Michael z rozdziawionymi ze zdziwienia ustami.
‒ Co jest? ‒ spytał ''przewodnik'' i już odwracał się w stronę pokoju, ale przyciągnęłam go do siebie i mocno przytuliłam. ‒ Co ty robisz?
‒ Przytulam cię, nie czujesz? Jak ty masz właściwie na imię? ‒ spytałam, próbując ratować sytuację.
‒ Isaac. Możesz mnie już puścić? Czuję się niekomfortowo ‒ mruknął.
‒ Wybacz. ‒ Puściłam go i spojrzałam w stronę pokoju, na szczęście Michaela już tam nie było.
‒ O co chodzi? ‒ Zdziwił się.
‒ O nic. Po prostu um... Miałam ochotę się do kogoś przytulić. ‒ Spuściłam wzrok na podłogę.
‒ Nie jesteś takim typem osoby. Dobra, muszę już iść. Nie zrób nic głupiego, cześć ‒ powiedział i rozpłynął się w powietrzu, a ja odetchnęłam z ulgą. Teraz tylko kwestia Michaela. Weszłam do pokoju.
‒ Kto to był? ‒ spytał chłopak siedząc w rogu pokoju, którego nie widać z balkonu.
‒ Czemu cię to interesuje? ‒ powiedziałam trochę nerwowo.
‒ Może dlatego, że gościu wyglądał jak ponury żniwiarz i rozpłynął się w powietrzu? ‒ W jego głosie było mnóstwo sarkazmu, ale też złości.
‒ Nie mogę ci powiedzieć. ‒ Oparłam się o ścianę.
‒ Jak to nie możesz?! Gościu się rozpłynął w powietrzu! Nathalie, co tu się dzieje?! ‒ Podszedł do mnie i zamachnął się, uderzając pięścią w ścianę, jego dłoń zapłonęła żywym ogniem.
‒ AAA! Co to ma być?! Palisz się! ‒ Uciekłam na drugi koniec pokoju. ‒ Zgaś to, bo mi dom spalisz! ‒ krzyknęłam a ogień zniknął tak nagle jak się pojawił.
‒ Przepraszam ‒ mruknął i kucnął przede mną, a ja coraz mocniej wciskałam się w fotel. Bałam się.
‒ Odejdź ode mnie. Słyszysz? Odejdź! ‒ wrzasnęłam i zacisnęłam oczy. Gdy je otworzyłam chłopak był przyklejony do przeciwległej ściany, a większość przedmiotów w pokoju lewitowała.
‒ Puść bo mnie udusisz… ‒ powiedział ledwo słyszalnie, a ja patrzyłam na wszystko wystraszona. Po chwili się ocknęłam i wszystko nagle spadło.
‒ C-co to było...? ‒ Spojrzałam na swoje trzęsące się dłonie i zauważyłam jak pojawiają się na nich dwie czarne gwiazdy.
‒ A więc ty też… ‒ powiedział do siebie chłopak i pocierał swoje gardło.
‒ Ja... Nie wiem co się stało. Przepraszam ‒ szepnęłam roztrzęsiona i skuliłam się na fotelu drżąc ze strachu i bezsilności.
‒ W porządku, to normalne na początku. ‒ Słyszałam jak do mnie podchodzi. ‒ Wstań. ‒ Podał mi rękę, a ja ją niepewnie chwyciłam.
‒ Co ja mam zrobić? ‒ szepnęłam ze łzami w oczach patrząc na niego.
‒ Nauczyć się to kontrolować. Pomogę ci w tym ‒ powiedział i przycisnął mnie mocno do siebie.
Pierwszy raz poczułam, że naprawdę potrzebowałam czyjejś bliskości. Czułam się niewiarygodnie bezpiecznie w ramionach Michaela. Nie wiem dlaczego. Zastanawiałam się czy chłopak jest taki jak ja, czy również jest nieśmiertelny, albo tak jak ja jest w połowie człowiekiem w połowie upadłym aniołem. Chciałam go o tyle zapytać, ale nagle poczułam się strasznie zmęczona i osłabiona. Miałam ochotę od niego odejść i położyć się na łóżku, ale zakręciło mi się w głowie. Michael podniósł mnie i ułożył na posłaniu, a ja nawet nie miałam sił, by protestować. Przymknęłam oczy. Isaac miał rację. Rzeczywiście czuć od niego jakąś słabo emanującą energię. Po chwili poczułam, że odpływam i zasnęłam. Jedyne co pamiętam, to uczucie, kiedy Michael złapał mnie za rękę... A może to już był sen? Nie wiem.
sobota, 4 lutego 2017
Prolog
Wyszłam na balkon i usiadłam na grubej belce połączonej ze
ścianą, która stanowiła część barierki odgradzającej mnie od
poczucia wolności. Wyciągnęłam z kieszeni rozciągniętego swetra
małą paczkę i zapalniczkę. Włożyłam papierosa do ust,
zapaliłam go i zaciągnęłam się dymem, który dotarł do
najgłębszych zakątków moich płuc, po czym go wypuściłam
odczuwając coś w rodzaju ulgi. Biorąc kolejnego bucha, spojrzałam
w górę na gwieździste niebo. Większość ludzi pewnie nie widzi
we mnie niczego nadzwyczajnego. Myślą, że jestem po prostu
normalną dziewczyną. Już nawet nie chodzi o to że mam coś z
psychiką, bo wtedy to jeszcze nawet dobrze by myśleli. Problem jest
w tym, że aby być ''normalną dziewczyną'' najpierw musiałabym
być w pełni człowiekiem. Zgasiłam papierosa, zeszłam z belki i
podeszłam do barierki, oparłam się o nią łokciami i spojrzałam
na rozciągający się wkoło widok nocnego, rozświetlonego
latarniami miasta. Robiło się coraz jaśniej, wkrótce miał
nadejść wschód słońca. Wróciłam do pokoju spakowałam się do
szkoły i przygotowałam sobie ubrania. Nowa szkoła hm... Nawet nie
myślę o tym, że może być inaczej niż zwykle, więc zostając
obojętna na opinie ludzi, poradzę sobie. Można powiedzieć, że
mam to już we krwi. Położyłam się na łóżku i spojrzałam na
telefon. Godzina 6:48. Jeszcze trochę i będzie zima. Moja ulubiona
pora roku, nie wiem czemu, ale świat wtedy moim zdaniem wygląda na
niewinny, tak jakby żadnego zła w nim nie było, przez ten biały,
czysty śnieg. Podniosłam się z łóżka i poszłam do łazienki.
Nagle kątem oka zauważyłam jak coś mignęło obok mnie.
Odwróciłam się szybko, ale niczego nie zobaczyłam. Przyznam
trochę się wystraszyłam, ale pomyślałam, że pewnie tylko mi się
wydawało i weszłam do łazienki. Wrzasnęłam ze strachu znajdując
w niej stojącą na wprost drzwi czarną, zakapturzoną postać
trzymającą w ręce kosę. Zjawa momentalnie pojawiła się przy
mnie zakrywając mi usta, tłumiąc przez to mój krzyk.
‒ Nie krzycz… ‒ szepnął męski, spokojny głos. ‒ Nie zamierzam zrobić ci krzywdy. ‒ Puścił moje usta, a ja się uspokoiłam.
‒ W takim razie czego chcesz? ‒ powiedziałam mocno wkurzona.
‒ Chcę Ci coś pokazać. ‒ Mężczyzna złapał mnie za rękę i nagle pojawiliśmy się na jakiejś polanie.
Rozpoznałam to miejsce od razu. Bawiłam się tu, gdy byłam jeszcze dzieckiem zanim odebrano mi zdolności do niektórych uczuć. Puściłam rękę ''żniwiarza'' i powoli stawiałam kroki wprzód zdając sobie sprawę, że widzę siebie kiedy byłam mała. Pobiegłam w moją stronę, chcąc uchronić się od utraty uczuć. Kiedy chciałam złapać młodą siebie, ale moje dłonie po prostu przeniknęły ciało. Upadłam na kolana, patrząc jak dawnej mnie ukazuje się okropny obraz, a następnie traci uczucia.
Chciałam krzyknąć, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Zacisnęłam oczy, a po moich policzkach spłynęły łzy. Kiedy je z powrotem otworzyłam, siedziałam na łóżku, a przed nim stał ten sam ubrany na czarno mężczyzna.
‒ Dlaczego? ‒ spytałam łamliwym głosem i spojrzałam na niego błyszczącymi od łez oczami.
‒ Chciałem Ci przypomnieć kim jesteś i skąd pochodzisz. Jestem kimś w rodzaju twojego przewodnika życiowego ‒ rzekł i oparł się na swojej kosie.
‒ Jeśli chcesz mieszać w moim życiu, to chociaż pokaż mi swoją twarz ‒ Uspokoiłam się trochę.
‒ Niech będzie ‒ odparł i zdjął kaptur. Moim oczom ukazał się młody chłopak, wyglądał na nie więcej niż 20 lat. ‒ Jest 7:37, lepiej już idź, bo spóźnisz się do szkoły ‒ mruknął i rozpłynął się w powietrzu.
Zebrałam wszystkie rzeczy, ubrałam się i wyszłam z domu. Cały czas miałam przed oczami obraz chłopaka o kruczoczarnych włosach, zielonych jak szmaragdy oczach i nienaturalnie pięknej twarzy. Kim on jest tak naprawdę?
‒ Nie krzycz… ‒ szepnął męski, spokojny głos. ‒ Nie zamierzam zrobić ci krzywdy. ‒ Puścił moje usta, a ja się uspokoiłam.
‒ W takim razie czego chcesz? ‒ powiedziałam mocno wkurzona.
‒ Chcę Ci coś pokazać. ‒ Mężczyzna złapał mnie za rękę i nagle pojawiliśmy się na jakiejś polanie.
Rozpoznałam to miejsce od razu. Bawiłam się tu, gdy byłam jeszcze dzieckiem zanim odebrano mi zdolności do niektórych uczuć. Puściłam rękę ''żniwiarza'' i powoli stawiałam kroki wprzód zdając sobie sprawę, że widzę siebie kiedy byłam mała. Pobiegłam w moją stronę, chcąc uchronić się od utraty uczuć. Kiedy chciałam złapać młodą siebie, ale moje dłonie po prostu przeniknęły ciało. Upadłam na kolana, patrząc jak dawnej mnie ukazuje się okropny obraz, a następnie traci uczucia.
Chciałam krzyknąć, ale nie byłam w stanie wydobyć z siebie głosu. Zacisnęłam oczy, a po moich policzkach spłynęły łzy. Kiedy je z powrotem otworzyłam, siedziałam na łóżku, a przed nim stał ten sam ubrany na czarno mężczyzna.
‒ Dlaczego? ‒ spytałam łamliwym głosem i spojrzałam na niego błyszczącymi od łez oczami.
‒ Chciałem Ci przypomnieć kim jesteś i skąd pochodzisz. Jestem kimś w rodzaju twojego przewodnika życiowego ‒ rzekł i oparł się na swojej kosie.
‒ Jeśli chcesz mieszać w moim życiu, to chociaż pokaż mi swoją twarz ‒ Uspokoiłam się trochę.
‒ Niech będzie ‒ odparł i zdjął kaptur. Moim oczom ukazał się młody chłopak, wyglądał na nie więcej niż 20 lat. ‒ Jest 7:37, lepiej już idź, bo spóźnisz się do szkoły ‒ mruknął i rozpłynął się w powietrzu.
Zebrałam wszystkie rzeczy, ubrałam się i wyszłam z domu. Cały czas miałam przed oczami obraz chłopaka o kruczoczarnych włosach, zielonych jak szmaragdy oczach i nienaturalnie pięknej twarzy. Kim on jest tak naprawdę?
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
